W okresie PRL był przez komunistów wymazywany z powszechnej świadomości, ale dzisiaj, wbrew pozorom, pamięć o Ossendowskim jest obecna. Może nie jest ona masowa, jednak wśród znawców i miłośników tematu wyraźnie wybrzmiewa. Czy jednak, niejako chcąc oddać mu te odebrane dekady popularności, ta pamięć nie jest czasem zbyt idealizowana? Wciąż pozostaje aktualne pytanie: na ile Ossendowski był podróżnikiem dokumentującym swoje barwne przygody, a na ile pisarzem kreującym swoją największą, bo dotyczącą siebie samego, opowieść?
Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów
Człowiekiem, który niewątpliwie odmienił życie Ossendowskiego, był Lewis Stanton Palen. Ten amerykański dyplomata oraz urzędnik, poznany na statku płynącym w 1920 r. z Japonii do Stanów Zjednoczonych, przekonał Ossendowskiego, że zamiast tworzyć artykuły prasowe poświęcone Mongolii powinien skupić się na pisaniu książki. Taka barwna powieść podróżnicza, opisująca jego ucieczkę z Rosji ogarniętej chaosem rewolucji przez Azję, boje toczone z bolszewikami u boku barona Ungerna, okraszona modnymi wówczas wątkami mistycznymi i okultystycznymi, wzmiankami o tajemniczym królestwie, ukrytych skarbach czy samotnym przetrwaniu zimy w tajdze, według Palena zapewniłaby autorowi znacznie większe przychody.
Tak też się stało. Wydana w Nowym Jorku pod koniec 1920 r. „Beasts, Men and Gods” stała się najpopularniejszą publikacją Ossendowskiego. Przetłumaczono ją na 19 języków. W samych Stanach Zjednoczonych w ciągu 2 lat została wydana aż dwadzieścia cztery razy! W 1923 r. w Warszawie ukazała się jej polska wersja o tytule „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (konno przez Azję Centralną)”. Należy podkreślić, że oba wydania różniły się od siebie w sposób znaczący, co w swoim artykule „Robinson czy heroiczny męczennik? O dwóch wersjach najsłynniejszej książki Ferdynanda Ossendowskiego” wykazała dr Elzbieta Koziołkiewicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Jaka była przyczyna wprowadzenia tych zmian? W polskiej wersji literat chciał przestawić swoją historię troszeczkę z innej perspektywy, nawiązać do naszej historii, w tym do zsyłek Polaków na Syberię. Jednak głównym powodem zmian było usunięcie w polskim wydaniu kontrowersyjnych zapisów. Pierwotne, amerykańskie poddane zostało ostrej krytyce szwedzkiego geografa i podróżnika Svena Hedina, jednego z najbardziej znanych w tym okresie badaczy Azji Środkowej. Oskarżał on Ossendowskiego o kłamstwa i manipulacje w opisie wydarzeń, wykazywał, że odległości wspomniane w książce nie mogły być pokonane w tak krótkim czasie, że historie o pobycie w Mongolii i Tybecie były zmyślone, a także, że w nieprawdziwy sposób przedstawione zostały postaci takie jak Dalajlama. Prof. Andrzej Piskozub w swoim poście internetowym „Ferdynanda Ossendowskiego przypadki” pisze, że Hedin zwrócił również uwagę na motto książki, które miałoby być cytatem z antycznego historyka Tytusa Liwiusza:
„Są czasy i wydarzenia, jakie tylko historia może rozstrzygająco ocenić. Współcześni albo pojedynczy obserwator powinni opisywać to, co widzieli lub to o czym słyszeli. Tego bowiem wymaga prawda”.
Sven Hedin po konsultacjach z ekspertami tematu oznajmił, że w żadnym z dzieł Liwiusza nie ma takich słów. Do krytyki pod koniec 1924 r. dołączył George Montandon w artykule we francuskim czasopiśmie „Nouvelles Litteaires”. Oskarżył w nim Ossendowskiego
„o to iż jest kłamcą i oszustem; zmyślił większość tras podróży, których w ogóle nie odbył, a nade wszystko nigdy nie pojechał do Tybetu”.
Jak pisał o nim pisarz Stefan Krzywoszewski w „Długim życiu”:
„Jego twórczość literacką cechowało niezawodne wyczucie tematów i środowisk, pociągających czytelników aktualnością i egzotyzmem. Porywisty talent opowiadawczy i polotna wyobraźnia sprawiały, że Ossendowski nie zawsze sam rozróżniał, co było wytworem fantazji, a co – ścisłością sprawozdawczą. Zawsze święcie wierzył w to, co opowiadał. Te zalety sprawiły, że Ossendowski stał się bodaj najpoczytniejszym pisarzem polskim za granicą. […]”.
W dalszych wspomnieniach Krzywoszewskiego:
„9 stycznia, po południu, dwie godziny spędziłem w jego pokoju. Rozmowa zeszła na przeżycia myśliwskie, Ossendowski ożywił się, opowiadał o swoich wyczynach łowieckich w Mandżurii.
– Niech pan powie, ile pan naprawdę zabił tygrysów? – pytałem.
– Cztery.
Przekomarzałem się
– Kolego! Czy nie za dużo! Opuść pan choć jednego!
Ossendowski śmiał się, ale obstawał przy swoim. Nie chciał również ustąpić z 68 niedźwiedzi, które miał ustrzelić w Azji. A tak rad był z gawędy, że gdym odchodził, gorąco za odwiedziny dziękował.[…]”.