Kwestia losu osób zatrzymanych na terenach Augustowszczyzny, Suwalszczyzny i Sokólszczyzny latem 1945 r., które nie powróciły do swoich domów, jest bowiem bezsporna. Wiemy, że zostały zamordowane. Wiemy o tym dziś. Wówczas jednak członkowie rodzin czy znajomi zatrzymanych i wywiezionych „w nieznanym kierunku”, po których ślad zaginął, jeszcze liczyli na ich odnalezienie i powrót do domów.
W wielu przypadkach automatycznie uruchamiali poszukiwania będące w rzeczy samej naturalnym odruchem wobec braku informacji o losie bliskiej osoby. Komuniści zadbali jednak, aby ich zapał ostudzić i prawda o zbrodni nie wyszła na jaw.
Zatrzymany prawdopodobnie przez władze sowieckie…
Jak zauważyli historycy pierwsze poszukiwania zaginionych ścieżką instytucjonalną uruchomiły rodziny oraz pracodawcy.
Nadleśnictwa państwowe: Rospuda, Serwy, Szczerba, Białobrzegi, wysłały do Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku zapytanie o los swoich pracowników już w sierpniu 1945 r.
Ta z kolei, jeszcze tego samego miesiąca, musiała poinformować wojewodę białostockiego (przedkładając raporty z 6 i 11 sierpnia) skoro ten w poufnym piśmie do kierownika WUBP w Białymstoku (przesłanym także do wiadomości szefowi Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Białymstoku) z datą 30 sierpnia prosił
„o możliwie szybkie przeprowadzenie śledztwa, a w przypadku braku winy o natychmiastowe zwolnienie zatrzymanych”.
Wicewojewoda Wacław Białkowski w zastępstwie wojewody upominał się wówczas o informacje o losie: Aleksandra Odoleckiego, Aleksandra Puknia, Zdzisława Bednarka, Wincentego Lacha, Jana Dudki, Izydora Rogalskiego, Mieczysława Janika, Józefa Miszyna, Jana Germaniuka i Franciszka Krause.
