Delegacja polska w czasie rozmów kapitulacyjnych z Niemcami. Trzeci od lewej Felicjan Jabłoński, czwarty – prezydent Warszawy Stefan Starzyński. Po prawej niemiecki generał piechoty Johannes Blaskowitz (pierwszy od prawej), dowódca 8. Armii niemieckiej, rozmawia z generałem dywizji Tadeuszem Kutrzebą (drugi od prawej), zastępcą dowódcy Armii „Warszawa”, 28 września 1939 r. (fot. z zasobu IPN)

Robert Spałek: Warszawa i jej prezydent. Walka, odwaga i opór w czasie Katastrofy

Bomby na Warszawę spadły już 1 września o świcie. Wielu mieszkańców początkowo myślało, że to próbny alarm, który rozpoczął ćwiczenia lotnicze. Potem ruszono na sklepy, ludzie wykupywali co się dało. Handel pracował normalnie, cen nie zmieniono. Odnotowano pierwsze ofiary cywilne.

Ulica jeszcze wierzyła w przedwrześniowe propagandowe zapewnienia, plotkowano więc, że polskie bombowce doleciały nad Berlin (taka informacja ukazała się w „Ekpressie Porannym”), a niosący pomoc Brytyjczycy wylądowali na Helu. Ale w istocie miasto pogrążało się w chaosie. 3 września Niemcy zbombardowali liczne okolice podwarszawskie, znów byli ranni i zabici. Wkrótce przestały kursować tramwaje, a autobusy zarekwirowało wojsko. Coraz częstsze i zuchwalsze stawały się rabunki, ludzi ogarniała panika. Mosty Kierbedzia i Poniatowskiego zapełnili uciekinierzy udający się na wschód. Ciągnęli ze sobą żywy dobytek – konie, krowy, drób. Mieszali się wszyscy: kobiety i mężczyźni, cywile i wojskowi, piesi i zmotoryzowani – dzieci płakały, psy szczekały.

Nie jest dobrze

Prezydent stolicy Stefan Starzyński przez kilka pierwszych dni utrzymywał stały kontakt z premierem, ministrami i generalicją. „Nie jest dobrze” – komentował. Nie dostał od nich żadnych instrukcji, stwierdził że „potracili głowy” i należy liczyć tylko na siebie. Od poniedziałku 4 września najwyższe władze państwowe szykowały się do ewakuacji z miasta. Prezydent, Rząd, ministrowie i instytucje państwowe przenosili się do Lublina i okolic. Przed rządowymi willami ustawiały się rzędy ciężarówek, do których żołnierze przenosili z domów włodarzy pościel, dywany, firanki, meble itp. Na warszawiakach robiło to fatalne wrażenie.

Władze były gotowe do wyjazdu. Jednocześnie nadeszły pierwsze duże transporty rannych z frontu. Szerzyły się niepomyślne wiadomości i złowrogie plotki. Bomby spadły na Grochów, Pragę, Wolę, Okęcie. Liczne budynki spłonęły i zawaliły się. Ciekawe, że w całym tym chaosie, kawiarnie w mieście nadal były zatłoczone, a wśród klientów nie brakowało optymistów.

Piątego września Starzyński wezwał przez radio warszawiaków do budowy barykad. Ludzie spontanicznie odpowiedzieli na wezwanie i ruszyli do pracy, ale bezplanowej. Zasieki powstały więc nie tam gdzie trzeba i do tego z materiałów łatwopalnych, bo upychano w nie nawet pościel. Prezydent każdego dnia starał się samochodem objechać Warszawę, by mieć naoczne rozeznanie w stratach.

Niezbędne okazało się powołanie Pogotowia Technicznego, które zajęło się zabezpieczaniem zniszczonych domów przed zawaleniem i wydobywaniem zasypanych osób. Starzyński utworzył też Straż Obywatelską, potrzebną, by pilnować porządku w miejsce policji ewakuowanej z miasta, a także, by postawić posterunki przy instytucjach państwowych i placówkach dyplomatycznych. Dodatkowo zorganizował oficjalny komitet samopomocy, który stał się swego rodzaju stołecznym resortem opieki społecznej niosącym pomoc cywilom i ułatwiającym im współpracę z wojskiem. Członkowie tego komitetu zaopiekowali się tysiącami ludzi ewakuowanych, pogorzelców, sierot i zagubionych dzieci. Za zgodą Starzyńskiego powołano ponadto specjalne robotnicze bataliony obrony miasta i bataliony pracy.

Mimo wielu udanych inicjatyw, widocznego hartu ducha i energii do działania tych, którzy zostali w mieście, każdego dnia Starzyński miał coraz więcej kłopotów z pozyskaniem ludzi do współpracy. Pożądane przez niego osoby opuszczały Warszawę. Bywało tak, że umawiał się z kimś przed południem, a po południu tego człowieka już nie było w stolicy.

Czytaj całość na portalu przystanekhistoria.pl

do góry