Ulica jeszcze wierzyła w przedwrześniowe propagandowe zapewnienia, plotkowano więc, że polskie bombowce doleciały nad Berlin (taka informacja ukazała się w „Ekpressie Porannym”), a niosący pomoc Brytyjczycy wylądowali na Helu. Ale w istocie miasto pogrążało się w chaosie. 3 września Niemcy zbombardowali liczne okolice podwarszawskie, znów byli ranni i zabici. Wkrótce przestały kursować tramwaje, a autobusy zarekwirowało wojsko. Coraz częstsze i zuchwalsze stawały się rabunki, ludzi ogarniała panika. Mosty Kierbedzia i Poniatowskiego zapełnili uciekinierzy udający się na wschód. Ciągnęli ze sobą żywy dobytek – konie, krowy, drób. Mieszali się wszyscy: kobiety i mężczyźni, cywile i wojskowi, piesi i zmotoryzowani – dzieci płakały, psy szczekały.
Nie jest dobrze
Prezydent stolicy Stefan Starzyński przez kilka pierwszych dni utrzymywał stały kontakt z premierem, ministrami i generalicją. „Nie jest dobrze” – komentował. Nie dostał od nich żadnych instrukcji, stwierdził że „potracili głowy” i należy liczyć tylko na siebie. Od poniedziałku 4 września najwyższe władze państwowe szykowały się do ewakuacji z miasta. Prezydent, Rząd, ministrowie i instytucje państwowe przenosili się do Lublina i okolic. Przed rządowymi willami ustawiały się rzędy ciężarówek, do których żołnierze przenosili z domów włodarzy pościel, dywany, firanki, meble itp. Na warszawiakach robiło to fatalne wrażenie.
Władze były gotowe do wyjazdu. Jednocześnie nadeszły pierwsze duże transporty rannych z frontu. Szerzyły się niepomyślne wiadomości i złowrogie plotki. Bomby spadły na Grochów, Pragę, Wolę, Okęcie. Liczne budynki spłonęły i zawaliły się. Ciekawe, że w całym tym chaosie, kawiarnie w mieście nadal były zatłoczone, a wśród klientów nie brakowało optymistów.
Piątego września Starzyński wezwał przez radio warszawiaków do budowy barykad. Ludzie spontanicznie odpowiedzieli na wezwanie i ruszyli do pracy, ale bezplanowej. Zasieki powstały więc nie tam gdzie trzeba i do tego z materiałów łatwopalnych, bo upychano w nie nawet pościel. Prezydent każdego dnia starał się samochodem objechać Warszawę, by mieć naoczne rozeznanie w stratach.
Niezbędne okazało się powołanie Pogotowia Technicznego, które zajęło się zabezpieczaniem zniszczonych domów przed zawaleniem i wydobywaniem zasypanych osób. Starzyński utworzył też Straż Obywatelską, potrzebną, by pilnować porządku w miejsce policji ewakuowanej z miasta, a także, by postawić posterunki przy instytucjach państwowych i placówkach dyplomatycznych. Dodatkowo zorganizował oficjalny komitet samopomocy, który stał się swego rodzaju stołecznym resortem opieki społecznej niosącym pomoc cywilom i ułatwiającym im współpracę z wojskiem. Członkowie tego komitetu zaopiekowali się tysiącami ludzi ewakuowanych, pogorzelców, sierot i zagubionych dzieci. Za zgodą Starzyńskiego powołano ponadto specjalne robotnicze bataliony obrony miasta i bataliony pracy.
Mimo wielu udanych inicjatyw, widocznego hartu ducha i energii do działania tych, którzy zostali w mieście, każdego dnia Starzyński miał coraz więcej kłopotów z pozyskaniem ludzi do współpracy. Pożądane przez niego osoby opuszczały Warszawę. Bywało tak, że umawiał się z kimś przed południem, a po południu tego człowieka już nie było w stolicy.
