Nawigacja

Historia z IPN

Krzysztof Kawalec: Majowa lekcja

Gdy idzie o mechanizmy rozkładu demokracji parlamentarnej, istotne były dwie kwestie. Pierwszą było to, że konsekwencje zmiany systemu władzy odczuła nie tylko prawica, ale wszystkie środowiska polityczne, łącznie z tymi, które poparły zamach. Kwestia druga, to jednak brak pogłębionej refleksji nad tym, co się stało.

Zaprzysiężenie gabinetu Kazimierza Bartla, 15 maja 1926 (NAC)

Na 2026 r. przypada setna rocznica zbrojnego zamachu stanu, przeprowadzonego przez Józefa Piłsudskiego pomiędzy 12 a 15 maja 1926 r. Trzydniowe walki, prowadzone na ulicach Warszawy, pochłonęły życie 215 żołnierzy oraz 164 ofiar cywilnych; po doliczeniu osób rannych oraz kontuzjowanych otrzymujemy liczbę 1299 poszkodowanych. Ludzie ci stracili życie nie w wyniku najazdu wroga, rewolucji – ale za sprawą sporu o władzę, toczącego się w obrębie elit; ściślej zaś mówiąc – wymknięcia się tego sporu z ram prawnych. Mówiąc językiem współczesnym: „wojny polsko-polskiej”, tyle że „wojny” toczonej w innym historycznym czasie – gdy doświadczenia niedawnej Wielkiej Wojny oraz sąsiedztwo rewolucji rosyjskiej relatywizowały stosunek do przemocy – i innych realiach społecznych: niskiej średniej wieku oraz wielości sytuacji konfliktowych, potęgowanych biedą.

Rezultatem przesilenia była trwała zmiana systemu politycznego. Demokracja parlamentarna ustąpiła miejsca autorytarnej dyktaturze. Nie wchodząc w subtelności definicyjne na temat różnic między demokracją a dyktaturą, w świadomości społecznej obecnie zupełnie zatartych, wyjaśnię, ze dyktaturą jest system, w którym nie da się zmienić elity władzy w drodze wyborów. I taki właśnie system zafundowała Polsce uformowana w wyniku przewrotu grupa wojskowych oraz cywilnych współpracowników Józefa Piłsudskiego, sprawując władzę aż do końca września 1939 r.

Symptomy kryzysu

Pod względem politycznym, przewrót kierował się przeciw prawicy, która dysponowała w parlamencie najliczniejszym klubem parlamentarnym, stanowiła zatem, za sprawą parlamentarnej geografii, główne oparcie systemu demokracji parlamentarnej. Z różnych powodów funkcję swoją wykonywała niezadowalająco. Historycy często wskazują, że nacjonalizm środowiska nie odpowiadał potrzebom kraju, w którym co trzeci obywatel nie był Polakiem; wątpliwości tego rodzaju odnosić się mogą także i do liberalnego programu gospodarczego: w biednym kraju hasła typu „bogaćcie się” jaskrawo rozmijały się z rzeczywistością społeczną.

Istniał też problem przywództwa: historyczny lider środowiska, Roman Dmowski, przebywał na swego rodzaju politycznej emeryturze, władzę zaś sprawowała grupa polityków parlamentarnych, pozbawiona charyzmy, chociaż sprawna w rozwiązywaniu bieżących problemów, nieraz dużej wagi i trudnych – jak kwestie związane z uszczelnieniem granicy wschodniej, stabilizacji pieniądza, czy określeniu kierunków strategicznych inwestycji państwa (Gdynia).

Nie była ona jednak w stanie rozwiązać dwóch strukturalnych usterek polskiego parlamentaryzmu, fatalnie ważących na jego losach: braku stałej większości oraz trudności tworzenia się stabilnych koalicji. Rozproszkowanie parlamentu (ponad 20 frakcji!) było skutkiem tego, że polska opinia publiczna była podzielona, a ordynacja wyborcza przenosiła te podziały do Sejmu i Senatu. Gdy idzie o trudności tworzenia koalicji, to ważyła na pewno nieufność pozostałych stronnictw wobec najliczniejszego klubu sejmowego – którego kierownictwo nie potrafiło nieufności tej rozwiać.

Pamiętać jednak trzeba także o tym, że trudności tworzenia koalicji miały także swoje szersze tło społeczne: wyłonione w wyborach elity nie były wolne od emocji swego elektoratu, podzielonego na tle społecznym oraz kulturowym. Niski stan edukacji, niecierpliwość, powszechność biedy – wszystkie te czynniki podsycały pokusę odwołania się do demagogii. W rezultacie politykowi łatwiej było wytłumaczyć się z pryncypialnej sztywności, niż z dążenia do kompromisu i zgody.

Czytaj całość na portalu przystanekhistoria.pl

do góry