Nawigacja

Видання IPN укр

Historia z IPN

Agnieszka Wygoda: Nie płacz, mamo, niech nie widzą naszych łez. Barbary Piotrowskiej-Dubik wspomnienia z zesłania na Syberię

Brutalnie wyrwani ze snu mieli chwilę, żeby się spakować i opuścić dom. Przetransportowani na stację kolejową, zostali wepchnięci kolbami eskortujących czerwonoarmistów do ostatniego z sześćdziesięciu dwóch bydlęcych wagonów na stacji w Buczaczu.

  • Deportowani do Kazachstanu, ferma nr 2, sowchoz 228, stacja Mamlutka, 15 kwietnia 1941 r.
    Deportowani do Kazachstanu, ferma nr 2, sowchoz 228, stacja Mamlutka, 15 kwietnia 1941 r.

Ściśnięci na drewnianej półce przykrytej sianem razem z sześcioma innymi osobami, przez dwa tygodnie jechali na miejsce swojego zesłania: północno-wschodnie rubieże Kazachstanu – południowe granice syberyjskich stepów.

Przed wojną

Barbara Piotrowska, urodzona 31 maja 1927 r. we Lwowie, była córką oficera Wojska Polskiego kapitana VII Batalionu Łączności Jana Piotrowskiego. Przed wybuchem II wojny światowej mieszkała z rodziną w Poznaniu.

Ojciec w czasie I wojny światowej walczył w armii gen. Hallera, potem brał udział w powstaniu wielkopolskim i wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Aby ochronić rodzinę przed zbliżającą się wojną, wysłał dzieci i małżonkę do rodziny na Wołyniu. Myślał, że tam będą bezpieczni.

29 sierpnia 1939 roku wyjechali na Wschód. Basia musiała się pożegnać z marzeniami o gimnazjum, o nowych koleżankach.

Niech Bóg was prowadzi”

– to były ostatnie słowa ojca.

Rankiem 31 sierpnia dotarli do Uściługa nad Bugiem. Kiedy wybuchła wojna, przebiegał tam front walk. Basia z mamą Heleną i braćmi – Adamem, który powinien rozpocząć naukę w szóstej klasie i niespełna dwuletnim Andrzejem – musieli się ukrywać. 20 września zostali ostrzeżeni, że Ukraińcy mogą ich napaść i zamordować. Następnego dnia do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Bug stał się granicą niemiecko-sowiecką.

29 września Basia była świadkiem aresztowania wuja Józefa Piotrowicza, nauczyciela. Przyszło po niego w nocy dwóch Żydów z czerwonymi opaskami na ramieniu i dwóch Rosjan. Początkowo więziono go we Włodzimierzu Wołyńskim, potem wywieziono w nieznane.

W połowie października Helena Piotrowska z dziećmi przedostała się przez Lwów do Barysza, maleńkiej wioski, gdzie mieszkali dziadkowie Basi, Melania i Kazimierz Buchelt. Nie skorzystała z propozycji swojego brata Tadeusza, który zaoferował jej pomoc w przedostaniu się na Zachód przez Rumunię. Widział, że rodzina oficera nie będzie bezpieczna pod okupacją sowiecką. Kto wie, jak potoczyły by się ich losy, gdyby przeszli przez rumuńską granicę.

Dzień przed imieninami Basia dowiedziała się, że ojciec żyje, jest w obozie jenieckim w Kielcach – walczył do 5 października 1939 r. pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga, tego, który ostatni złożył broń w czasie kampanii wrześniowej. W Baryszu przeżyła pierwsze wojenne święta Bożego Narodzenia.

„Dzielimy się opłatkiem płacząc”

– wspominała.

Potem przyszła druga wiadomość od ojca – był w niemieckim oflagu VII A Murnau.10 lutego 1940 r. – trzy dni po Popielcu, Sowieci zaczęli wywozić Polaków w bydlęcych wagonach na Syberię. Zaczęło się oczyszczanie Kresów z elementu polskiego.

Deportacja

13 kwietnia 1940 r. poranną ciszę przerwał głośny łomot do drzwi. Była 5 rano, kiedy:

„oficer NKWD, dwóch żołnierzy z karabinami oraz miejscowy Ukrainiec i Żyd (znajomy) z czerwoną opaską na ramieniu, uśmiechnięty, zadowolony”

wtargnęli brutalnie do domu dziadków Basi. Mama zaczęła płakać, wtedy Basia powiedziała:

„Nie płacz, mamo, niech nie widzą naszych łez.”

Dowiedzieli się, że mają się szybko ubrać i spakować i pojadą w głąb ZSRS do pracy.

Mama Basi zdążyła jeszcze napisać krótki list do męża, zabrać ze sobą kupiony w Poznaniu krzyż, który towarzyszył im od końca sierpnia 1939 r. w ich wojennej tułaczce. Razem z nimi pojechał Zbyszek Buchelt, brat mamy, artylerzysta – żołnierz kampanii wrześniowej – walczył pod Bzurą, który na zesłanie zgłosił się dobrowolnie.

Rano zawieźli ich wozami do Buczacza. Tam wsiedli do wagonu towarowego. Basia policzyła: były 62 wagony. W ich wagonie, ostatnim, na niewielkiej powierzchni stłoczonych było wiele rodzin: nie tylko polskich, była też rodzina ukraińska i żydowska: Razem trzydzieści osiem osób.

Dopiero po 24 godzinach pociąg ruszył. Na granicy Europy i Azji pozwolili im wysiąść na 20 minut.

W wagonie nie znali nikogo. Mama Basi wyjęła krzyż i wszyscy zaczęli się modlić. Tak rozpoczęła się ich wędrówka ludów.

Pociąg zatrzymał się w Nowosybirsku. Wszystkich wygnańców zapędzono do łaźni, potem dano ich chleb: 7 trzykilogramowych bochenków na 38 osób.

Sowchoz „Krasnyj Kazachstan”

Po dwóch tygodniach podróży 28 kwietnia pociąg zatrzymał się na stepie, w północno-wschodnim Kazachstanie, na południowej granicy Syberii, a oni trafili do sowchozu „Krasnyj Kazachstan”, położonego u podnóża gór Ałtajskich. Najbliższe miasto – Szemanajcha było oddalone 36 km.

Nie mogli się poruszać dalej niż 15 km od sowchozu.

„Jesteście tu na zsyłce za wrogą działalność, praca więc będzie z nakazu, a nie z wyboru”

– usłyszeli.

Zostali zakwaterowani w mieszkaniu rosyjskiego komunisty. Był im przyjazny: dał do zrozumienia, że mogą się modlić i nikt się o tym nie dowie.

„Dom” to była maleńka lepianka z gliny z dwoma niewielkimi otworami. Sowchoz, do którego trafili, to mała osada, składająca się kilku części. Piotrowscy zostali przydzieleni do centrali, zamieszkałej przez Rosjan i Kazachów. Był jeszcze niemiecki „gorodek”, gdzie żyło kilka niemieckich rodzin i „uczastki”, oddalone o kilka kilometrów od „centrum”, zamieszkałe przez Kazachów.

W sowchozie pracowali przy świniach. Klimat był bardzo ciężki. Zimą temperatury spadały do minus 50 stopni Celsjusza, a zamiecie śnieżne sprawiały, że temperatura odczuwalna była jeszcze niższa.

Basia widziała, jak polscy nauczyciele, profesorowe musieli na zesłaniu paść świnie, ale podkreślali, że żadna praca nie hańbi, a upokorzenia trzeba znosić z godnością. Kwitł handel wymienny. Mama pozbywała się kolejnych cennych rzeczy, głównie pięknych ubrań, wymieniając je na mleko i masło. Basia z niepokojem obserwowała, jak jej młodszy brat – trzyletni Andrzej – mizerniał z dnia na dzień. To dla niego zdobywały jedzenie.

Czytaj więcej na portalu przystanekhistoria.pl

 

do góry