Nawigacja

Komunikaty

W odpowiedzi na artykuł Grzegorza Rossolinskiego-Liebe na temat kolaboracji w Europie podczas okupacji niemieckiej, zamieszczony w „Der Tagesspiegel”

Barbara Niedzielko
Data publikacji 16.10.2019

Polemika z artykułem Grzegorza Rossolinskiego-Liebe: Badania nad kolaboracją. Posłuszni urzędnicy i gangi morderców (Forschung zu Kollaborateuren. Willfährige Beamte und Mörderbanden), „Der Tagesspiegel”, 20 VIII 2019

Grzegorz Rossolinski-Liebe w swoim tekście, opublikowanym w wersji popularnej w dzienniku „Der Tagesspiegel”, podjął się analizy zagadnienia kolaboracji w Europie podczas okupacji niemieckiej, spróbował też wskazać termin, który najlepiej opisywałby to zjawisko.

Artykuł dotyka ważnych zagadnień związanych z pamięcią historyczną. Jednakże zawiera dość daleko idące uproszczenia. Trudno nie dostrzec w nim także błędów faktograficznych. To może czytelnika wprowadzać w błąd.

Podstawowy zarzut, jaki nasuwa się po lekturze, dotyczy zaprezentowanego w nim obrazu okupacji niemieckiej w Europie. Podążając za innymi badaczami, autor słusznie definiuje Holokaust jako zbrodnię powszechną okupacji niemieckiej, o złożonym i skomplikowanym przebiegu. Jednocześnie nie chce zauważyć diametralnych różnic w polityce okupacyjnej prowadzonej przez władze niemieckie w poszczególnych krajach europejskich. Tekst nawet w minimalnym stopniu nie oddaje złożoności tego zagadnienia.

Powołując się na Saula Friedländera, Rossolinski-Liebe wymienia różne działania antyżydowskie oraz struktury zaangażowane w ich prowadzenie. Pisze m.in.: „Zdaniem Friedländera na całym kontynencie rządy niemieckie mogły polegać na kolaborantach, częściowo zdeterminowanych »racjonalnymi« względami, a częściowo chętnie lub nawet entuzjastycznie uznających dominację Niemiec. W taką współpracę zaangażowane były władze i instytucje krajowe oraz regionalne, oddziały pomocnicze wszystkich szczebli, politycy, np. pracownicy administracyjni, intelektualiści, policja, administracja kolejowa, dziennikarze, przemysłowcy, organizacje młodzieżowe, stowarzyszenia rolników, duchowni, pracownicy uniwersytetów, a także zorganizowane lub spontanicznie tworzące się gangi morderców”.

Rossolinski-Liebe nie podaje jednak, które konkretnie elementy działań kolaboracyjnych, w praktyce wspierające prowadzony przez Niemców Holokaust, występowały w poszczególnych krajach europejskich. Na tej podstawie żyjący kilkadziesiąt lat po wojnie czytelnik może sobie wyobrażać, że okupacja niemiecka na całym kontynencie wyglądała podobnie lub niemal identycznie. Prowadzi to do wybitnie ahistorycznego zjawiska swoistego glajchszaltowania percepcji niemieckiej okupacji w Europie. Ten sposób myślenia Rossolinski-Liebe oddaje również w następującym fragmencie: „Bez współpracy lokalnej policji i administracji okupanci nie byliby w stanie tak kompleksowo przeprowadzić Holokaustu ani w Europie Wschodniej, ani w Europie Zachodniej”. Jednakże autor nie pokusił się o wskazanie różnic między rzeczywistością okupacyjną wschodu i zachodu Europy. Zupełnie nie oddaje tego użycie zwrotu o silniejszym terrorze na wschodzie Europy. Rossolinski-Liebe nie wyjaśnia, w jaki sposób i w jakim zakresie „lokalna policja i lokalna administracja” w różnych krajach uczestniczyły w realizowaniu polityki okupacyjnej, w tym też antyżydowskiej. O ile we Francji działała w czasie wojny francuska administracja i służby, także policyjne, podporządkowane władzom francuskim, o tyle w Polsce taka sytuacja była nie do pomyślenia. Państwo polskie nie weszło na drogę kolaboracji – mimo klęski walczyło w dalszym ciągu po stronie aliantów. Niemcy nie mieli żadnego upoważnienia do wykorzystywania w zbrodniczej polityce obywateli RP. Korzystali z „prawa siły”, tworząc z polskich obywateli własną formację policyjną w składzie Ordnungspolizei i podporządkowaną niemieckiemu dowództwu. Czy można włożyć do jednej szufladki obie te sytuacje? Autor nie próbował również pokazać skomplikowanej sytuacji na wschodzie, gdzie bardzo często polscy robotnicy (nie mówiąc już o żydowskich) pracowali pod nadzorem ukraińskich wachmanów.

Warunki okupacyjne zupełnie inaczej przedstawiały się w Europie Zachodniej i Europie Wschodniej. Nic dziwnego, że Rossolinski-Liebe nie wskazał, które władze krajowe na polskich ziemiach wcielonych do Rzeszy lub w Generalnym Gubernatorstwie albo którzy pracownicy tamtejszych uniwersytetów byli zaangażowani we współpracę z władzami okupacyjnymi w dziele realizowania Holokaustu. Na ziemiach polskich byli to bowiem Niemcy (w tym przedstawiciele niemieckiej mniejszości mieszkającej w Polsce przed wojną)  lub volksdeutsche. Przecież na ziemiach polskich nie funkcjonował żaden polski uniwersytet (działały placówki naukowe niemieckie, dla Niemców). Na ziemiach polskich nie istniała polska administracja krajowa, działała jedynie administracja niemiecka, na której czele stali m.in.: Hans Frank, Arthur Greiser, Albert Forster. Administracja lokalna składała się z wyższego personelu niemieckiego. Niższy personel, poza tymczasowym tworem, jakim było Generalne Gubernatorstwo (GG), także został obsadzony przez Niemców. Na terenie GG z przyczyn praktycznych Niemcy tymczasowo wykorzystali na zasadzie przymusu Polaków wcześniej pełniących funkcje, jednak bezwzględnie ich podporządkowano urzędnikom niemieckim, likwidując jakiekolwiek formy samorządności. A i tak część stanowisk burmistrzów i wójtów obsadzono volksdeutschami. W praktyce wiejscy sołtysi byli od tej pory urzędnikami Rzeszy, realizującymi – pod groźbą odpowiedzialności karnej – niemieckie zarządzenia[1]. W dokumentach Polskiego Państwa Podziemnego administrację obsadzoną przez Polaków uznawano po prostu za organ pomocniczy administracji niemieckiej[2]. To samo dotyczy np. kolei. Na okupowanych ziemiach polskich zlikwidowano Polskie Koleje Państwowe (PKP). Jej aktywa materialne i częściowo personalne przejęły kolej niemiecka (Deutsche Reichsbahn i Ostbahn). Dlatego dzisiaj nikt nie miałby nawet minimalnych podstaw, aby rozliczać ze współpracy z Rzeszą – także w organizowaniu transportów do obozów koncentracyjnych. Bo takiej współpracy nie było – inaczej niż na Zachodzie kontynentu. Tutaj Rzesza machinę śmierci organizowała we własnym zakresie, a nie przy wykorzystaniu infrastruktury innego, kolaborującego z nią państwa. Są to niezwykle ważne elementy opisu okupacyjnej rzeczywistości – nie można ich pomijać i traktować całej okupowanej Europy jako obszaru jednorodnego.

Uproszczony model analizy został również uwypuklony w jednym z podtytułów: Okupowane narody były zarówno ofiarami, jak i sprawcami. Autor to dalej uszczegółowił: „Stylizowanie ich [narodów] tylko jako ofiar narodowego socjalizmu jest niewystarczające i ignoruje złożoność Holokaustu”. Tego typu narracja jest w świetle faktów i wiedzy historycznej niepełna, a co za tym idzie błędna. Oczywiście autor ma rację, pisząc, że Holokaust był zjawiskiem niezwykle złożonym, a na wielu etapach Zagłady i w różnej skali występowało zjawisko kolaboracji albo też podporzadkowania niemieckim rozkazom egzekwowanym siłą. Takie ujęcie problemu nie uzasadnia lekkiego wyrokowania, że całe narody były jednocześnie ofiarami i sprawcami. Można, a nawet trzeba się zgodzić z Rossolinskim-Liebe, że całe narody były ofiarami okupacji niemieckiej i ideologii narodowosocjalistycznej. Przede wszystkim dotyczy to tych narodów, które wprost w ideologicznych ujęciach były traktowane jako rasowo gorsze – jako takie podlegały wówczas i w planach na przyszłość bezwzględnej polityce podporządkowanej priorytetom budowy Lebensraumu. Żydzi byli pierwszym narodem skazanym na unicestwienie, Polacy jako naród byli traktowani jako podludzie a po wojennym zwycięstwie i o ich losie Niemcy zamierzali decydować według własnych ideologicznych kryteriów. I tego stosunku Rzeszy do Żydów i Polaków nie zmieniły żadne – występujące przecież – przypadki usłużności różnych członków tych narodowości wobec okupanta. Nie zmienił tego nawet udział konkretnych ludzi w niemieckich zbrodniach – wbrew państwu polskiemu, przeciw żydowskim i polskim współobywatelom.  O tym zjawisku wystarczająco przekonują badania naukowe, literatura wspomnieniowa oraz liczne źródła archiwalne.

Nieco dalej w swoim artykule Rossolinski-Liebe sformułował kolejną ogólną tezę. Dotyczyła ona postawy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) wobec Żydów. Z niewiadomych względów w tej samej części artykułu, zatytułowanej Ukryta współpraca na Ukrainie, przywołuje teksty Jana Grabowskiego, Barbary Engelking i Jana Tomasza Grossa, które dotyczą centralnych i wschodnich (Jedwabne) ziem obecnej Polski, nie zaś Ukrainy. Pisze: „Barbara Engelking i Jan Grabowski wykazali w swoich badaniach nad ostatnią fazą zagłady Żydów, że specyficzna dynamika pomiędzy okupantami i okupowanymi doprowadziła do »polowań na Żydów« i innych form prześladowań dokonywanych przez sołtysów, polskich policjantów, strażaków czy »zwykłych Polaków«”. Podobnie jak ci autorzy zdaje się autor nie rozumieć, że żaden sołtys, „granatowy” policjant czy strażak, spośród tych, którzy wzięli udział w działaniach antyżydowskich, nie czynił tego jako funkcjonariusz państwa polskiego ale jako ludzie wtłoczeni w tryby funkcjonowania Rzeszy Niemieckiej. Poddawali się niemieckim zarządzeniom w różnych okolicznościach poddani presji, wzmocnionej groźbą odpowiedzialności. Sołtysi – jako włączeni do struktury administracji w GG, „granatowi” policjanci jako funkcjonariusze niemieckiej Ordnungspolizei, strażacy – jako członkowie zmilitaryzowanej przez Niemców służby mundurowej. Ilu, w jakim zakresie i w jakich okolicznościach wzięło udział w zbrodniczych działaniach Rzeszy, to oddzielny problem. Jednak nie była to kolaboracja państwa polskiego z Niemcami – to był udział w działaniach realizowanych przez Rzeszę wbrew państwu polskiemu. Inaczej niż np. we Francji, gdzie  wyłapywaniem Żydów do transportów śmierci zajmowali się policjanci – funkcjonariusze państwa francuskiego kolaborującego z Rzeszą.

W tak ważnym miejscu swojego tekstu autor nie zdefiniował, na czym polegała owa dynamika pomiędzy okupantami i okupowanymi. Rozprawiając się nieco wyżej z terminem „współpraca”, który powinien być według niego zastąpiony pojęciem kolaboracja, sam wprowadził mgliste i niejednoznaczne pojęcia. Czyżby chciał powiedzieć, że między okupowanymi a okupantami istniała jakaś równowaga? Uproszczenia i generalizacje Rossolinskiego-Liebe są trudne do zaakceptowania nawet w popularnym tekście prasowym. Autor całkowicie pominął bowiem okupacyjny kontekst wydarzeń (np. powszechny terror i jego wpływ na postrzeganie niemieckiego zagrożenia[3], a także wprowadzenie kary śmierci za nieujawnienie informacji o ukrywanych i ukrywających się Żydach) oraz bezpośrednią kierowniczą i organizacyjną rolę niemieckich okupantów w prowadzeniu polowań na Żydów. W rzetelnym tekście opis sytuacji powinien być na tyle precyzyjny, by oddawał całą złożoność problematyki, a nie – jak w tym przypadku – ją zamazywał.

Warto przypomnieć, że we wsiach położonych w Generalnym Gubernatorstwie policja i administracja cywilna organizowały specjalne odprawy, na których sołtysom przypominano o obowiązku ujmowania Żydów pod groźbą surowych konsekwencji. Wspomina o tym również Jan Grabowski[4]. Odpowiedź na pytanie o to, jaki wpływ na sołtysów (i pozostałą ludność) miało składanie tego typu oświadczeń w rzeczywistości okupacyjnej Europy Wschodniej, nasuwa się sama. W system polowań na ukrywających się Żydów została również włączona tzw. stróża wiejska, której członkowie, miejscowi chłopi, nie rekrutowali się ochotniczo – ich członkostwo było przymusowe i zarządzane przez władze niemieckie[5].

W dystrykcie lubelskim w listopadzie 1942 r. chłopi zostali zobowiązani pod groźbą pełnej odpowiedzialności (czytaj: karą śmierci) do podpisania następującego oświadczenia: „Oświadczam niniejszym, że: 1. W zasięgu mojej władzy nie znajduje się żaden Żyd, 2. Zarządzę, aby na przyszłość wszyscy w zasięgu mojej władzy pojawiający się Żydzi zostali przytrzymani i odstawieni do niższego posterunku żandarmerii, policji lub SS-Stützpunktu, 3. Wiadomym mi jest, iż odpowiedzialny jestem za pełne przeprowadzenie tego zobowiązania, a za niewłaściwe tego wykonanie ponoszę pełną odpowiedzialność”[6].

Autor nie informuje czytelnika, że owa „polska policja” to w istocie część niemieckiej Policji Porządkowej (Ordungspolizei), a Ochotnicza Straż Pożarna w 1941 r. został włączona do niemieckich sił policyjnych[7]. Oczywiście w ramach tego systemu ujawniały się działania osób nadgorliwych, chciwych lub jednostek jawnie wysługujących się Niemcom na szkodę Żydów (denucjacje, morderstwa). Niemniej jednak należy wyraźnie zaznaczyć, że system prześladowania Żydów (a także osób innych narodowości) został stworzony przez okupacyjne władze niemieckie.

W kolejnym fragmencie Rossolinski-Liebe napisał: „Wcześniej Jan Tomasz Gross ujawnił w swoich badaniach nad pogromem w Jedwabnem, że to nie Niemcy, ale Polacy w szczególnych okolicznościach stworzonych przez okupantów sami mordowali swoich żydowskich sąsiadów”. Zestawienie zbrodni w Jedwabnem ze zbrodniami na Żydach z późniejszego okresu okupacji niemieckiej jest nieuprawnione. Faktem jest, że część mieszkańców tego miasteczka wykorzystała okoliczności związane z zajęciem tych ziem przez Niemcy do udziału w zbrodni. Miało to miejsce w roku 1941, po agresji niemieckiej na Związek Sowiecki. W tych działaniach według śledztwa wzięło udział kilkudziesiąt osób spośród mieszkańców miasteczka liczącego ok. 1500 osób narodowości polskiej. Korzystali z bezkarności, jaką zapewniała im Rzesza, dokonując zbrodni wbrew obowiązkom obywateli walczącej przeciw Niemcom Polski. Czy można tę niesławnej pamięci zbrodnię zestawiać z systemową organizacją Holokaustu przez Rzeszę Niemiecką? Czy to wydarzenie zdejmuje z niemieckiego państwa odium praw autorskich do Holokaustu – masowych zbrodni dokonywanych na narodzie żydowskim na tysiącach kilometrów kwadratowych terytorium opanowanego przez niemieckie siły zbrojne, zarządzanego przez niemiecką administrację i terroryzowanego przez formacje policyjne?

Na zasadzie uzupełnienia można dodać fragment konkluzji z polskiego śledztwa w sprawie zbrodni w Jedwabnem na początku XXI wieku. Prok. Radosław Ignatiew pisał: „Przyjąć można, że zbrodnia w Jedwabnem została dokonana z niemieckiej inspiracji. Obecność choćby biernie zachowujących się niemieckich żandarmów z posterunku w Jedwabnem, a także innych umundurowanych Niemców (jeśli założyć, że byli oni obecni na miejscu zdarzeń), była równoznaczna z przyzwoleniem i tolerowaniem dokonania zbrodni na żydowskich mieszkańcach tej miejscowości. W tym stanie rzeczy stwierdzić należy, że zasadne jest przypisanie Niemcom, w ocenie prawnokarnej, sprawstwa sensu largo tej zbrodni. Wykonawcami zbrodni, jako sprawcy sensu stricto, byli polscy mieszkańcy Jedwabnego i okolic – mężczyźni, w liczbie co najmniej około 40”[8].

Zwraca uwagę również specyficzny język, którym operuje Rossolinski-Liebe. Kiedy prezentuje ogólne informacje o Holokauście, nie używa wielkich kwantyfikatorów językowych jak w przypadku Ukraińców czy Polaków. Pisze, że ukraińscy nacjonaliści mordowali Żydów, a „Polacy w szczególnych okolicznościach stworzonych przez okupantów sami mordowali swoich żydowskich sąsiadów”. Nikt rozsądny w Polsce nie broni zbrodniarzy popełniających mordy na Żydach ani na innych współobywatelach. W opisie Rossolinskiego-Liebe zabrakło jednak symetrii językowej[9]. Kiedy Polacy byli gospodarzami we własnym wolnym kraju, wyniszczanie żadnego narodu nie miało i nie mogło mieć miejsca. Holokaust był masowym mordem na Żydach zaplanowanym i realizowanym przez władze państwa niemieckiego i funkcjonariuszy tego państwa różnych szczebli i instytucji.

Autor pisze też, że na wschodzie Europy okupanci traktowali ludność jako „gorszą” i popełnili wobec niej wiele „przestępstw”. W świetle faktów i wiedzy historycznej poprawniej by było napisać, że Niemcy traktowali tę ludność jak „podludzi” i popełnili na niej nie przestępstwa, lecz zbrodnie szacowane na miliony ofiar.

Na koniec warto poświęcić kilka zdań historii, od której Rossolinski-Liebe zaczyna swój artykuł. Domniemywać można, że jest to corpus delicti kolaboracji. Według autora Adam Ciepiński[10] jako „wachtmeister” magistratu miasta Pilzno w powiecie dębickim ujął wraz z dwoma nieznanymi osobami Żyda o nazwisku Kupfeld, którego przejął od nich burmistrz miasta Jan Kramarczyk. Uwięził on Kupfelda, a następnie zawiadomił Polnische Polizei[11]. Ta zabrała go do Dębicy, gdzie został zastrzelony przez niemieckich policjantów. Gdyby Rossolinski-Liebe wziął pod uwagę opisane przeze mnie wyżej realia okupacji na ziemiach polskich, być może spróbowałby szerzej przeanalizować okoliczności wydarzenia. Z tekstu Rossolinskiego-Liebe nie dowiadujemy się niczego ani o tych ludziach, ani o kierujących nimi motywach, ani o „dynamice”, która doprowadziła do zatrzymania Kupfelda i w efekcie do jego śmierci. Wskazany przypadek posłużył natomiast autorowi do poczynienia następującej konstatacji: „Wszyscy, którzy zatrzymywali Żydów, doprowadzali do aresztu, więzili i przekazywali policji niemieckiej, nawet jeśli z różnych powodów współpracowali z niemieckim okupantem, byli świadomi, co stanie się z Żydami. Antysemityzm był tego przyczyną w takim samym stopniu jak specyficzna lokalna dynamika grup, strach oraz zmiany moralne, jakie nastąpiły w czasie okupacji, i wiele więcej czynników”.

Tymczasem wcale nie ma w aktach dowodów na tego rodzaju udział owego Ciepińskiego w tej sprawie. Z wersji rozszerzonej artykułu z „Der Tagesspiegla” dowiadujemy się, że Rossolinski-Liebe zaczerpnął przypadek Ciepińskiego i burmistrza Kramarczyka z akt sprawy o sygnaturze AIPN Rz, 367/189, przechowywanych w Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie. W ujęciu Rossolinskiego-Liebe ciąg zdarzeń został przedstawiony jako oczywisty i niebudzący najmniejszych wątpliwości. Tymczasem autor artykułu zaprezentował jedynie własną interpretację wydarzeń i nie poinformował czytelników, że w 1950 r. postępowanie sądowe przeciwko Adamowi Ciepińskiemu zostało umorzone, a w treści wniosku napisano: „W toku śledztwa nie udało się zebrać dowodów, które by pozwoliły ustalić, czy i jaki był udział podejrzanego [Adama Ciepińskiego] w ujęciu Kupfelda”[12].

Pisanie tekstów ogólnych o charakterze popularnym, przeznaczonych dla masowego odbiorcy, jest niewątpliwie trudnym wyzwaniem, na pewno trudniejszym, niż się to powszechnie wydaje. Próba ogólnego spojrzenia wymaga nie tylko szerokiej wiedzy specjalistycznej i znajomości literatury przedmiotu, lecz także umiejętności właściwego rozłożenia akcentów, w tym przypadku uwzględnienia realiów okupacyjnych na ziemiach polskich. Poprawnie należy dobierać również przykłady dowodzące słuszności stawianych tez i wyciąganych wniosków. W tej konkretnej historii modelowy przypadek kolaboracji został przedstawiony na przykładzie osób w świetle prawa niewinnych. Badacz powinien wyraźnie zaznaczyć, że prezentuje jedną z możliwych interpretacji wydarzeń, względnie dostarczyć dowodów podważających formalne ustalenia sądowe. Z przykrością stwierdzam, że dr Grzegorz Rossolinski-Liebe temu zadaniu nie sprostał.

dr Tomasz Domański
Oddziałowe Biuro Badań Historycznych
IPN Oddział Kraków – Delegatura w Kielcach

 

 

 

[1] C. Madajczyk, Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce, t. 1, Warszawa 1970, s. 215–216.

[2] Archiwum Akt Nowych (AAN), AK, 203/X-67, Raport za okres 15 X – 30 XI 1943 r., b.d.m., k. 7.

[3] W niektórych elementach złożoność zagadnienia zostało dość precyzyjnie przedstawione w: T. Frydel, Powiat dębicki [w:] Dalej jest noc…, t. 2, s. 470–477.

[4] Zob. J. Grabowski, Powiat węgrowski [w:] Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, red. B. Engelking, J. Grabowski, t. 1, Warszawa 2018, s. 478.

[5] B. Musiał, Kto dopomoże Żydowi…, Poznań 2019, s. 199.

[6] Ibidem, s. 196–197.

[7] Nieuprawnione zjawisko opisu Polnische Polizei w najnowszej literaturze historycznej szczegółowo omawiam w recenzji książki Dalej jest noc: T. Domański, Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Warszawa 2018, Warszawa 2019.

[8] Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku, Postanowienie o umorzeniu śledztwa S 1/00/Zn, Białystok, 30 VI 2003 r., s. 200.

[9] To zagadnienie obecne jest również w pisarstwie naukowym innych badaczy.

[10] W tekście Rossolinskiego-Liebe występuje jako Ciepliński, ale we wszystkich dokumentach, do których dotarłem, pojawia się jako Ciepiński.

[11] Autor użył określenia „polnische Polizei” – polska policja. W mojej ocenie lepiej używać terminu Polnische Polizei, który lepiej oddaje niemiecką proweniencję tej służby.

[12] Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie (AIPN Rz), 367/189, Wniosek o umorzenie śledztwa przeciwko Adamowi Ciepińskiemu, Rzeszów, 18 IV 1950 r., k. 47.

 

do góry