Po masakrze grudniowej 1970 r., kiedy Edward Gierek doszedł do władzy, województwo gdańskie stało się trzecim (po Katowicach i Warszawie) beneficjentem modernizacji kraju. Na Wybrzeżu Gdańskim, kosztem kilku miliardów złotych, powstały m.in. Port Północny, Gdańskie Zakłady Rafineryjne, Zakłady Fosforowe, Siarkopol. Unowocześniono porty w Gdańsku i Gdyni, podobnie uczyniono z największymi stoczniami budowy okrętów w obu tych miastach: Stoczni Gdańskiej i Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. W latach siedemdziesiątych oddano również do użytku dwa istotne z punktu widzenia transportowego i komunikacyjnego przedsięwzięcia: tzw. obwodnicę Trójmiasta i port lotniczy w Gdańsku Rębiechowie.
Sukcesy i nadzieje
Przemysł morski stanowił wtedy 65 proc. potencjału gospodarczego województwa. Obok portów obejmował stocznie budowlane i remontowe, rybołówstwo i przetwórstwo rybne, morski transport towarów. Najistotniejszy był przemysł okrętowy ze Stocznią Gdańską, Stocznią Północną, Gdańską Stocznią Remontową, Stocznią im. Komuny Paryskiej w Gdyni, Stocznią Remontową „Nauta”, zakładami produkcji mebli okrętowych Famos w Starogardzie Gdańskim i urządzeń okrętowych (Techmet) w Pruszczu Gdańskim itp. W latach 1971–1978 ponad 59 mld złotych przeznaczono na inwestycje w tej branży. Najważniejsze efekty to modernizacja Stoczni im. Komuny Paryskiej (m.in. powstanie drugiego suchego doku) oraz przystosowanie do nowoczesnej produkcji Stoczni Gdańskiej (poprzez min. wydłużenie dotychczas używanej pochylni na wydziale K–3, ale i pobudowanie nowej na terenie wydziału K–2).
Pierwszym efektem łożenia gigantycznych państwowych środków w stocznie była ich gruntowna modernizacja i przejście, jak w przypadku gdańskiej stoczni, z produkcji o skali manufaktury do nowoczesnego zakładu, wytwarzającego 20–30 jednostek w skali roku. Ten wzrost i swoista ekspansja przejawiały się na kilku płaszczyznach. Jedną z nich było kształcenie fachowców i specjalistów w branży przemysłu okrętowego, szerzej określanego jako przemysł morski. Edukację prowadziły powstające przyzakładowe szkoły zasadnicze, technika dla pracujących oraz Politechnika Gdańska i istniejące tam wydziały, kształcące w kierunku budowy i naprawy okrętów. Zakładom z oczywistych względów zależało na kształceniu swoich pracowników, bo większość z nich, przybywając do biura przyjęć stoczni, posiadała zwykle podstawowe albo zasadnicze zawodowe wykształcenie i to najczęściej nie w kierunku stoczniowym. Tacy młodzi ludzie z początku poznawali stoczniowy fach i, jeśli wytrzymali trudy stoczniowej codzienności oraz byli chętni do pracy i zdolni, mieli możliwość podnoszenia swoich kwalifikacji, zdobywania zawodu, wykształcenia, zrobienia matury i nawet podjęcia studiów wyższych w wymiarze wieczorowym.
Stoczniom, ale i innym zakładom, co już wybrzmiało, z oczywistych powodów zależało na kształceniu kadr. Oznaczało to podnoszenie ich umiejętności, a także stanowiło pewien benefit dla tych pracowników, którym oferowano taką możliwość. To dawało szansę przywiązania pracownika do zakładu, zapewnienia jego długoletniej pracy w nim, a także było bardzo istotne w celu zapobieżenia samowolnym porzuceniom wykonywanych obowiązków pracowniczych, co było plagą przemysłu stoczniowego w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Następującym po nakładach finansowych i szkoleniu kadr „owocem” było wyrobienie sobie przez Stocznię Gdańską, ale i inne stocznie w kraju, dobrej marki w świecie budownictwa okrętowego tego okresu. Faktem było, że Polska plasowała się w pierwszej dziesiątce światowej produkcji okrętowej, a także np. to, że znak firmowy choćby Stoczni Gdańskiej na oddawanych armatorom jednostkach był symbolem ich wysokiej jakości (np. w malowaniu zbiorników balastowych). To wszystko sprawiało, że sytuacja polskiego przemysłu stoczniowego w drugiej połowie lat siedemdziesiątych rysowała się nader optymistycznie. Mieczysław Tokarz, ówczesny dyrektor generalny Zjednoczenia Przemysłu Okrętowego, mówił m.in.:
„Nie będzie problemu z tym, co robić, ale jak działać, żeby sprostać zamówieniom”.
Branża okrętowa stała się jednym z głównych eksporterów w kraju. W 1977 r. jej udział w eksporcie wynosił 6 proc., co dawało „drugą po węglu, pozycję na liście przemysłów i branż uczestniczących w eksporcie”.
