Zapewne pierwsza salwa Wielkiej Wojny padła 29 lipca 1914 r. z dział okrętu austro-węgierskiej Flotylli Dunajskiej, a ostatnią oddali Amerykanie z haubicy „Calamity Jane” 11 listopada 1918 r. tuż przed godziną 11.00. Niewątpliwie konflikt ten – jak twierdził brytyjski historyk John Terraine –
„był wojną artylerii: artyleria wygrywała bitwy, była powodem największych strat ludzkich, najstraszniejszych ran i najgłębszego strachu”.
Od „soixante-quinze” do Grubej Berty
Gdy latem 1914 r. armie ruszyły do boju, broni tej wyznaczono rolę pomocniczą. Miała bowiem wspierać masy piechoty i kawalerii, niszcząc przeciwnika w zasięgu wzroku. Główną rolę odgrywały wówczas armaty polowe, takie jak najsłynniejsza z nich, pierwsza szybkostrzelna francuska „siedemdziesiątka piątka”.
Przewidywania wojskowych okazały się jednak błędne. Większą zapobiegliwością wykazali się Niemcy, którzy liczniej, niż armie Ententy zastosowali haubice strzelające cięższymi pociskami pod większym kątem, rażąc cele ukryte przed bezpośrednią obserwacją. Skutecznie stosowali też najcięższe działa do niszczenia fortów, w tym m.in. „Grube Berty”, czyli haubice 420 mm.
Jednak jesienią 1914 r. obie strony napotkały poważny problem. Większość zapasów amunicji zużyto, a bieżąca produkcja nie zaspokajała potrzeb, które stale rosły wraz z przejściem do wojny pozycyjnej, kiedy to żaden atak nie miał szans bez wsparcia artylerii. Rozwiązanie kryzysu amunicyjnego wymagało zaangażowania cywilów: polityków, przedsiębiorców, naukowców i robotników (oraz robotnic, które coraz liczniej zatrudniano w fabrykach broni).