Upamiętnienie dzieci robotnic przymusowych na cmentarzu w Velpke. Zdjęcie z domeny publicznej

Karolina Trzeskowska-Kubasik: „Jeśli echo ich głosów umilknie – zginiemy” – działalność domu dziecka w Velpke

Na początku 1944 r. lokalni urzędnicy zwrócili uwagę na wysoką liczbę urodzeń dzieci polskich i rosyjskich robotnic przymusowych w powiecie Helmstedt. W celu maksymalizacji zysków z niewolniczej pracy władze powołały specjalny „dom dziecka”, który w ciągu kilkumiesięcznej działalności doprowadził do śmierci niemal wszystkich przekazanych mu niemowląt.

Jednym z ośrodków dla dzieci „bezwartościowych rasowo” działających na terenie III Rzeszy był dom dziecka w Velpke (Kinderheim Velpke). Niemieccy okoliczni pracodawcy złowrogo patrzyli na ciężarne robotnice, uważając, że zbyt duża ich liczba wpływa negatywnie na wydajność pracy. Na początku 1944 r. Otto Buchheister zwrócił uwagę Kreisleiterowi Helmstedt – Heinrichowi Gerike'owi – na wysoką liczbę urodzeń dzieci polskich i rosyjskich robotnic przymusowych w powiecie Helmstedt i poprosił o znalezienie „rozwiązania”.

Zakład w Velpke rozpoczął działalność 1 maja. Osadzano w nim dzieci uprzednio przebywające w zakładzie położniczym w Brunszwiku przy Broitzmerstrasse 20, a także te urodzone w okolicznych gospodarstwach rolnych.

Noworodki odbierano matkom tuż po porodzie, zmuszając kobiety do powrotu do pracy 8 -10 dni po rozwiązaniu. Po wzroście zgonów w czerwcu 1944 r. minimalny wiek przyjęć podwyższono do czterech tygodni. Jednakże w dalszym ciągu do zakładu trafiały młodsze dzieci.

Oddanie dziecka do domu dziecka było przymusowe. Polki zmuszano do oddawania dzieci do placówki w Velpke nawet wówczas gdy ich pracodawcy wyrazili zgodę na pozostawienie ich w swoich gospodarstwach.

Upiorne warunki

Dom dziecka w Velpke zlokalizowano w pobliżu kamieniołomu. Przy wejściu na jego teren widniał napis zakazujący wstępu na jego teren. Okna były zakryte kocami, a wejścia strzegli okoliczni strażnicy.

Warunki panujące w zakładzie były dramatyczne. Dzieci spały w pudłach lub na brudnych siennikach. W pomieszczeniu w którym przebywały zlokalizowano piec, co było przyczyną wysokiej temperatury. Baraki pozbawiono bieżącej wody oraz elektryczności. W pomieszczeniu zalęgło się robactwo, panował fetor moczu i kału. Dzieci pozbawiono opieki, nie zmieniano im ubrań i sporadycznie myto.

Z pogardą dla życia

Dziećmi opiekował się czteroosobowy personel, pozbawiony doświadczenia w opiece nad niemowlętami. Kierowniczka placówki – Valentina Bilien pojawiała się w placówce sporadycznie.

Dzieci umieszczone w zakładzie w Velpke były systematycznie głodzone. Co prawda do placówki codziennie dostarczano od 7 do 12 litrów świeżego, pełnotłustego mleka, było ono jednakże rozkradane przez personel. Dzieciom podawano kwaśne mleko, co powodowało u nich notoryczne biegunki.

Mimo tragicznych warunków bytowych, matki za utrzymanie dziecka musiały płacić 1 markę dziennie, wliczając niedziele i święta. Równocześnie utrudniano im widzenia z dziećmi. Początkowo mogły je odwiedzać co sześć tygodni, następnie wprowadzono możliwość odwiedzania ich co dwa tygodnie.

Czytaj więcej na portalu przystanekhistoria.pl

 

do góry