Mimo że przez prawie ćwierć wieku prowadził jeden z najpopularniejszych programów w historii polskiej telewizji, trudno go określić mianem gwiazdy. Spokojny, stonowany, zawsze ubrany tak, jakby właśnie wybierał się na pierwszy obiad do domu przyszłych teściów. Nie było w tym żadnej pozy, bowiem jeszcze przed pojawieniem się Adama Słodowego na szklanym ekranie wyrażano o nim podobne opinie.
„Odznacza się inicjatywą i zaradnością w kwestiach organizacyjnych w zakresie przygotowania nowych środków reklamy handlowej. Inteligentny, taktowny i uczynny”
– czytamy w aktach paszportowych przed służbowym wyjazdem do ZSRS w 1959 roku.
„Żadna sztuka dobudować resztę”
Niesamowitą kreatywność wykazywał podobno już od dzieciństwa. Chętnie poznawał świat i nie zmieniła tego nawet wojna, podczas której pracował w fabryce maszyn rolniczych. Wręcz przeciwnie, nauczył się wielu praktycznych rzeczy, które znakomicie wykorzystywał w dalszym życiu. W 1944 roku na ochotnika zaciągnął się do wojska. Służył w 12. Dywizji Piechoty w Szczecinie i z akt znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej wiadomo, że po dwóch latach na pewno był już podporucznikiem.
Jako żołnierz miał styczność z różnego rodzaju sprzętem z demobilu i dość szybko ją wykorzystał.
„W 1946 roku w składnicy złomu znalazłem reflektor samochodowy. Przyszedłem do domu i mówię do żony: jeżeli mam reflektor w dobrym stanie to żadna sztuka dobudować resztę”
– opowiadał po latach w programie z cyklu „Mój ślad w telewizji”. Jak powiedział tak zrobił i po pół roku jako jedna z nielicznych podówczas osób jeździł po okolicy swoim prywatnym samochodem z prędkością sięgającą 40 km/h.