Poniedziałek, 21 maja 2012, data aktualizacji serwisu: 21.05.2012
Szukaj w serwisie

Wspomnienia

Maciej Korkuć, IPN Kraków

Pozytywista narodowej pamięci

„Romantyk”, „mediewista z ułańską fantazją” – takie określenia pojawiają się w krakowskich wspomnieniach o Januszu Kurtyce. Jest w tym wiele prawdy. Romantyczne „marzenie o czynie” zdecydowało o zaangażowaniu Janusza Kurtyki, wychowanego na pismach Józefa Piłsudskiego, w działalność NZS i solidarnościowego podziemia w latach osiemdziesiątych.

Kiedy skończył się czas walki o niepodległość, uważał, że w wolnym już kraju należy jak najszybciej odzyskać prawdziwy obraz dziejów najnowszych. Był przekonany, że konieczna jest misterna praca nad rekonstrukcją faktów i wydarzeń, przez kilkadziesiąt lat PRL fałszowanych i zakłamywanych. Stąd wzięło się Jego zaangażowanie w redakcję „Zeszytów Historycznych WiN-u”, jednego z profesjonalnych periodyków poświęconych badaniom nad najnowszymi dziejami Polski. Stąd Jego skrupulatność w przeniesieniu zasad pracy mediewisty do warsztatu historyka niepodległościowego podziemia.

Kiedy już mogliśmy śpiewać „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”, chciał, aby szacunek dla bohaterstwa i poświęcenia ludzi walczących o wolność i suwerenność w szeregach Polski Podziemnej oraz jej powojennych epigonów, stały się jednym z fundamentów III Rzeczypospolitej. Dlatego już jako prezes Instytutu Pamięci Narodowej bez chwili wahania i z zaangażowaniem popierał takie inicjatywy jak akcje ulotkowe na temat ogólnopolskiego sensu Powstania Warszawskiego, połączone z uruchamianiem syren 1 sierpnia o godzinie „W” w całej Polsce, a nie tylko w Warszawie. Niezwłocznie zorganizowana wizyta przedstawicieli IPN w Muzeum Powstania Warszawskiego i wspólnie uruchomiona akcja zapoczątkowały kilka lat temu swoisty proces „unarodowienia” pamięci o Powstaniu – pod hasłem „Powstanie ’44 – Bitwa o Polskę”. Stąd Jego podziw i przywiązane do idei formułowanych w Testamencie Polski Podziemnej i w dokumentach programowych Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Stąd wsparcie działań na rzecz oficjalnego uznania za organizację zbrodniczą aparatu bezpieczeństwa komunistycznego państwa.

W myśleniu o pamięci narodowej był pozytywistą; wierzył w zbawienne skutki małych kroków, pracy u podstaw, usilnej edukacji. Ci, którzy z uporem imputowali mu zaangażowanie na rzecz partii politycznych, nigdy nie widzieli, jak wyglądały Jego spotkania z pracownikami Instytutu Pamięci Narodowej. „Gdzie są książki?, gdzie są nowe książki?” – te pytania o ukończenie kolejnych publikacji słyszeliśmy najczęściej, kiedy już jako prezes Instytutu zaglądał do Krakowa. Nic Profesora tak nie cieszyło jak porządna monografi a wypuszczona na księgarskie półki spod Jego instytutowych skrzydeł.

Zapełnić „białe plamy”

Janusz Kurtyka doskonale rozumiał, że propaganda PRL chciała nie tylko zakłamywać najnowsze dzieje, ale też zawęzić pole społecznych zainteresowań historią, skupiając się na tematach, które sama dopuszczała do obiegu publicznego jako „jedynie słuszne”.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych mówił, że wciąż powinniśmy „rozpychać pamięć narodową”. Właśnie tak: „rozpychać”. Nie ograniczać się jedynie do polemik z utartymi ścieżkami dawnej propagandy, ale przede wszystkim pokazywać fakty, które w peerelu skazane były na nieistnienie. Był przekonany, że niezależnie od okoliczności i koniunktur politycznych, to, co raz zostało wydobyte z ukrycia – pozostanie.

Przez ostatnie lata na siłę próbowano Go zaszufl adkować politycznie. Tymczasem dla Niego polityka, to przede wszystkim przywiązanie do ideałów niepodległości, etosu wolnej Rzeczypospolitej i do bezkompromisowości w odkrywaniu prawdy historycznej. Już jako prezes Instytutu płacił dużą cenę polityczną za chęć odsłaniania nowych „białych plam” – nierzadko tematów niewygodnych dla różnych środo- wisk. Z szacunku dla faktów i prawdy historycznej wynikało to, że nie godził się na kierowane z różnych stron propozycje „odpuszczenia” niektórych źle widzianych tematów.

Nie był mniej bezkompromisowy przy zagadnieniach, które szczególnie Go interesowały. Uważał, że sens ma tylko pozbawiony jakiegokolwiek retuszu obraz dziejów niepodległościowej partyzantki. Nigdy w życiu nie usłyszałem, aby komukolwiek powiedział, że są fakty trudne, które trzeba pominąć. Jeśli zdarzył się przypadek partyzanckich nadużyć albo udziału partyzantów w aktach kryminalnych – prawda historyczna zawsze była jedynym kryterium. „Opisz to, napisz jak było” – zachęcał albo wydawał polecenia. To było Jego credo.

Pamięć narodowa powinna być pamięcią bezkompromisową. Za nasz obowiązek uważał odkrywanie z tą samą dokładnością i zaangażowaniem faktów, z których jesteśmy dumni, jak faktów trudnych w naszej historii, czasem momentów wstydliwych. Ale zawsze ważne było pokazanie na tle losów polskiego społeczeństwa rzeczywistych proporcji pomiędzy bohaterstwem a podłością. Bez przechyleń na jedną albo drugą stronę. Miał pełną świadomość, że – jak w każdym narodzie – honor i zdrada nierzadko sąsiadowały ze sobą.

Pamięć dla przyszłości

Współczesną funkcję edukacyjną państwa (a więc także Instytutu Pamięci Narodowej) widział właśnie w podkreślaniu dumy i przywiązania do tego, co jest elementem naszej narodowej chwały, przy pełnym wyświetleniu rzeczy wstydliwych, niejasnych. Chciał, aby w Polsce tym bardziej świecili przykładem i budowali naszą tożsamość prawdziwi bohaterowie, żołnierze wierni do końca idei niepodległej Polski, działacze podziemia demokratycznego i opozycji, którzy z ofiarnością i odwagą kroczyli życiową drogą, nawet w skrajnie trudnych warunkach. I aby po imieniu były nazwane przejawy zdrady i podłości – niezależnie od tego, czy dotyczyły szmalcowników, konfidentów gestapo, czy funkcjonariuszy UB/SB i stalinowskich działaczy.

Nie rozumiał też, a raczej: z zasady nie chciał rozumieć, jak można szacunek dla autentycznych bohaterów naszej walki o wolność, o prawa człowieka i najszczytniejsze ideały godzić z bierną zgodą na gloryfikowanie pozostałości antyniepodległościowej propagandy, zakłamania i fałszu. Uważał, że podcina to etos państwa i podstawy jego funkcjonowania. Wewnętrznie burzył się przeciw postawom wielu samorządów, które na rocznicowych obchodach czciły pamięć Piłsudskiego, Katynia i Jana Pawła II, wykazując się kompletną obojętnością w stosunku do uwiecznionych na ich terenie pomnikami i nazwami ulic funkcjonariuszy UB i SB, budowniczych stalinizmu czy ludzi wprost firmujących swoim nazwiskiem zbrodnie komunizmu.

W pełni zgadzał się z tym, że jednoczesne, schizofreniczne oddawanie hołdu katom i ofi arom, bohaterom wolności i twórcom zniewolenia, jest w swej istocie zabójcze dla narodowej pamięci, a zarazem uczy obojętności w reagowaniu na przejawy nieprawości i zakłamania dzisiaj i w przyszłości. Nierzadko wyrażał podziw dla izraelskich wzorców dbałości o narodową pamięć. Tam nie do pomyślenia byłoby, aby obywatele czcili pamięć ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane na ich własnym narodzie. Tymczasem w Polsce, wbrew elementarnym zasadom poszanowania prawa, wbrew obowiązującej Konstytucji, państwo często pozostaje wobec takich zjawisk bierne, a część obywateli – obojętnych.

Szacunek dla ofiar

Z tego zrodziła się idea zainteresowania opinii publicznej problemem istnienia w Polsce nazw ulic, placów, obiektów publicznych oraz pomników, wciąż straszących wyrazami hołdu i czci dla funkcjonariuszy stalinowskiego terroru i działaczy zasłużonych dla budowy systemu zniewolenia. W roku 2007 prezes IPN zaczął wysyłać do samorządów pisma-apele, zawierające szczegółowe noty historyczne na temat poszczególnych patronów.

Samorządy decydują dzisiaj o nazwach i patronach miejsc publicznych. Janusz Kurtyka wiedział, że nie może nic im nakazać. Ustawa z 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu nie dawała mu takich kompetencji. Ale nie o to chodziło w całej akcji. Dla Niego było ważniejsze to, aby apelować do sumień radnych i do ich poczucia szacunku dla narodowej pamięci, poczucia dumy z odzyskanej wolności, szacunku dla pamięci ofiar zniewolenia. Chciał, aby każdy apel był połączony z rzetelną informacją na temat patronów poszczególnych miejsc. Z całkowitą powagą traktował zapisy ustawy o IPN i przypominał za nią o obowiązku „zachowania pamięci o ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu, patriotycznych tradycjach zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem, czynach obywateli dokonywanych na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego i w obronie wolności oraz godności ludzkiej, obowiązku ścigania zbrodni przeciwko pokojowi, ludzkości i zbrodni wojennych, a także powinności zadośćuczynienia przez nasze państwo wszystkim pokrzywdzonym […]”.

Całą akcję uważał za formę realizacji zadań edukacyjnych IPN, nałożonych na Instytut przez ustawę z 1998 r., a w szczególności wynikającego z art. 53 obowiązku formułowania wniosków dotyczących edukacji historycznej oraz obowiązku informowania społeczeństwa o strukturach i metodach działania instytucji, w ramach których zostały popełnione zbrodnie nazistowskie i komunistyczne, oraz o sposobach działania organów bezpieczeństwa państwa w czasach zniewolenia.

Właśnie pozytywistyczne myślenie o tak rozumianej działalności edukacyjnej miało przynieść efekty. Wiedział, że nie stanie się tak wszędzie i nie od razu.

Chodziło też o to, aby po kilkunastu latach milczenia państwowych instytucji i mediów na ten temat udało się uruchomić różne formy publicznej dyskusji. W efekcie nastąpiło wiele zmian bez oczekiwania na pismo IPN. Tysiące ludzi dowiedziało się, że Polska wciąż jest usiana różnymi formami gloryfikacji systemu zniewolenia. Z całej Polski przyszło ponad pół tysiąca zgłoszeń i próśb o interwencję.

Kropla drąży skałę

Prezes IPN doskonale rozumiał, że propaganda PRL mimo wszystko narobiła spustoszeń w rozpoznawaniu rzeczywistego „dorobku” takich ludzi, jak Michał Żymierski, Karol Świerczewski, Julian Marchlewski, Aleksander Zawadzki, Jan Krasicki, czy organizacji, jak Armia Ludowa i Gwardia Ludowa. Kiedyś mówiono o nich tylko w superlatywach. Po odzyskaniu wolności mitów już nie powielano w takiej skali jak wcześniej, ale też z reguły nie zadawano sobie trudu, aby fakty wróciły na swoje miejsce. W miarę oddalania się dawnego systemu w mroki historii, zwyczajni ludzie zajęci codziennością przestawali się przejmować jakimikolwiek nazwami czy pomnikami, będącymi pozostałością zakłamanej ideologii. Tam, gdzie je zmieniono na początku lat dziewięćdziesiątych, przyzwyczaili się do nowych. Tam, gdzie pozostały, jako hołd dla „dorobku” stalinowskiej polityki, większość ludzi nie rozumie ani tych „bohaterów”, ani ich biografii. Ale przecież to nie zmienia faktu, że warszawska ul. Henryka Świątkowskiego pozostaje ulicą ku czci stalinowskiego ministra sprawiedliwości z jednej najczarniejszych epok terroru i bezprawia, a ulice „PPR”, „PKWN” czy „XXX-lecia PRL” są – jak pisał prezes IPN do samorządowców – „wyrazem lekceważenia pamięci ofiar nazizmu i komunizmu oraz braku szacunku dla dorobku walki Polaków o wolność obywatela i niezawisłość Państwa w XX wieku”.

Z mozołem przypominał samorządom, że obowiązują ich, tak jak wszystkich obywateli, zapisy art. 256 Kodeksu karnego, zakazującego publicznej gloryfikacji systemów totalitarnych, zdefiniowanych w polskim prawie przez artykuł 13 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej jako „nazizm, faszyzm i komunizm”. „Pragnę zwrócić uwagę, że utrzymywanie tego rodzaju nazw może być traktowane jako działanie niewychowawcze, pochwała zbrodniczych ideologii i zdrady Ojczyzny oraz faktycznie zachęta do podejmowania działań niezgodnych z Konstytucją RP” – pisał, licząc na elementarne poczucie obywatelskiego obowiązku wśród samorządowców.

Nie zniechęcały Go wybiegi części gmin, powołujących się na przyzwyczajenie mieszkańców do starych nazw. Żenowały pojedyncze odpowiedzi niektórych władz miejskich, odsłaniające nie tylko historyczną ignorancję, ale i złą wolę. To były sporadyczne przypadki, które nie mogły wpłynąć na całość akcji. Nie przejmował się nimi. Rozumiał bowiem, że wszystko wymaga czasu – nawet przełamanie postaw „bylejakości” i niezrozumienia. O wiele ważniejszy był każdy pozytywny odzew ze strony samorządów, a tych stopniowo przybywa. Każdy krok tego rodzaju przybliża nas do normalności. Prezes IPN powoli przebijał mur postpeerelowskiej bylejakości i lekceważenia imponderabiliów.

Z Januszem Kurtyką nierzadko trudno było dyskutować w sprawach decyzji administracyjnych albo reakcji z nimi związanych. Jednak w sprawach merytorycznych, związanych z historią, był otwarty na argumenty będące wynikiem badań historycznych, na siłę faktów. I jako dyrektor Oddziału w Krakowie, i jako prezes całego Instytutu pozostał przede wszystkim naukowcem-historykiem.

Już po tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu, 14 kwietnia, wpłynęła do Instytutu kolejna odpowiedź na pismo Prezesa IPN. Przysłał je przewodniczący Rady Miasta Kostrzyn nad Odrą. W załączeniu była uchwała w sprawie zmiany odziedziczonego po PRL patrona jednej z ulic na Tadeusza Zawadzkiego – legendarnego „Zośkę”.

To także część testamentu Janusza Kurtyki.
 

Powrót
Drukuj
Generuj plik PDF
Poleć stronę znajomemu
Adres do korespondencji
Instytut Pamięci Narodowej, ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
©2000-2012 Instytut Pamięci Narodowej. Wszelkie prawa zastrzeżone.