Gdzie Gdańsk, gdzie Kraków; gdzie krąg badaczy dziejów średniowiecznej Polski i niezłomnych żołnierzy powojennej konspiracji niepodległościowej Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, a gdzie dzieje Żydów Wolnego Miasta Gdańska i historia komunistycznej indoktrynacji polskich Żydów w okresie stalinowskim? Niewiele tu punktów stycznych i chociaż obaj zostaliśmy historykami z zamiłowania, a różnica wieku była niewielka, skoncentrowanie na odmiennych epokach i aspektach dziejów naszego kraju sprawiło, że dopiero w listopadzie 2004 r. po raz pierwszy zetknąłem się z Januszem Kurtyką. Jako dyrektor krakowskiego Oddziału IPN był zaangażowany w organizację kieleckiej konferencji naukowej poświęconej dziejom polskich Żydów na przestrzeni wieków. Jego podwładni prezentowali tam wówczas referaty, a on sam uczestniczył w części obrad. Jednak dopiero dwa lata później mieliśmy okazję rozmawiać dłużej, gdy Jan Żaryn, ówczesny dyrektor Biura Edukacji Publicznej, zaproponował mi podjęcie pracy w IPN przy realizacji projektów naukowych dotyczących dziejów Żydów w Polsce i stosunków polsko-żydowskich w latach 1939–1989.
W sierpniu lub wrześniu 2006 r. miało miejsce spotkanie w gabinecie Prezesa Kurtyki, podczas którego mówił o tym, czego brakuje Mu w ówczesnej historiografi i dotyczącej najnowszych dziejów polskich Żydów. Najbardziej raził Go brak współpracy naukowej między przedstawicielstwami różnych kręgów badawczych. Wtedy i niejednokrotnie później mówił o historii jako nauce, która nie ma prawa być projekcją sympatii i afiliacji politycznych historyków. Rozumiał to jako obowiązek zajmowania się wszystkimi ważnymi wątkami dziejów najnowszych Polski i obowiązek rzetelnego ich opisywania, bez względu na to, jak trudnych kwestii dotyczą. Był wrogiem megalomanii i tworzenia lukrowanego obrazu przeszłości naszego narodu. Z drugiej strony nie godził się m.in. na przypisywanie ogółowi Polaków ślepej nienawiści do innych obywateli Rzeczypospolitej, w tym Żydów. On jako znawca dawnej Rzeczypospolitej wiedział, że jest to obraz z gruntu fałszywy. Chciał, aby opis lat minionych był rzetelny i uczciwy.
Historiografia relacji polsko-żydowskich nie miała ograniczać się bądź tylko do opisywania szubrawczych zachowań szmalcowników, bądź niezweryfikowanego metodami naukowymi mnożenia w miliony polskich sprawiedliwych wśród narodów świata. Dlatego Prezes pragnął, by naukowcy z Polski i zagranicy, reprezentanci różnych szkół i środowisk badawczych spotykali się i dyskutowali oraz korzystali z wyników swoich badań. Chciał, aby ich artykuły można było odnaleźć w tym samym tomie. Nie był naiwny i nie oczekiwał, że wszyscy zaczną mówić jednym głosem. Ale miał nadzieję, że uczciwi historycy będą przyjmować do wiadomości fakty i krok za krokiem, wraz z postępem badań, będą mówić i pisać to, co zostało bezspornie zweryfikowane, a nie to, co pasuje do bieżących, środowiskowych interesów. Prezes był przeciwnikiem polskich realiów sekciarstwa historiograficznego, w których ,,jedynie słusznym historykom” – nieważne prawicowym czy lewicowym – nie wypada podczas konferencji usiąść przy jednym stole prezydialnym z przedstawicielem innej opcji politycznej względnie środowiska badawczego lub zamieścić artykułu w tym samym tomie materiałów konferencyjnych, aby nie narazić się ,,macierzystemu środowisku”.
Człowiek dzielny – tak można powiedzieć o tragicznie zmarłym Prezesie – nie bał się włączyć w działalność opozycji antykomunistycznej w latach osiemdziesiątych i z odwagą uprawiał historię po roku 1989. Otwarcie przeciwstawiał się nieuczciwości naukowej, ściągając na siebie wrogość hochsztaplerów i plagiatorów oraz ich przyjaciół. I jeżeli ci Go z tego powodu nienawidzili, inni – pragnący uzdrowienia polskiej nauki – darzyli Go szacunkiem. Marzył o tym, by w polskiej nauce powszechne i bezdyskusyjne stały się standardy stanowiące fundament ich normalnego rozwoju w krajach, które nie zaznały komunizmu, w których nie niszczono wolności badań. Chciał, aby znikły ugruntowane w okresie sowieckiej dominacji praktyki łamania ludzkich charakterów oraz niezależności myślenia, z drugiej strony lansowania w świecie naukowym postawy asekuranctwa i zachowań stadnych. W pewnym sensie był kustoszem tradycji niepodległej intelektualnie Rzeczypospolitej wielu narodów, religii i opcji politycznych, tradycji I i II Rzeczypospolitej. Dla Niego różnorodność i dyskurs stanowiły naturalne i niezbędne elementy prawidłowego funkcjonowania i rozwoju narodu. Wstrętne Mu były praktyki zastraszania, osaczania i przemilczania zasług osób, które naraziły się wpływowym środowiskom politycznym lub wszechobecnym mediom.
Janusz Kurtyka widział IPN jako instytucję zobowiązaną do przekazywania prawdy o dziejach Polski. Byliśmy w tej materii zgodni i to stanowiło punkt wyjścia do dalszej współpracy. Skądinąd kilka miesięcy temu opowiadał mi, że nie zdecydował się na powierzenie mi obowiązków pochopnie. Zanim to uczynił, przeczytał kilka moich tekstów. Wizja życia naukowego, jaką reprezentował Prezes, była i jest mi bliska. Szkoda, że nie będziemy jej mogli urzeczywistniać wspólnie.
Obserwowałem Prezesa w okresie minionych czterech lat podczas spotkań kameralnych i wystąpień publicznych, także podczas dwu podróży zagranicznych: do Izraela i Stanów Zjednoczonych. Uznanie wzbudzała wielka pracowitość i zdolność ogarniania bardzo wielu wątków, którymi zajmowały się setki podległych Mu pracowników merytorycznych różnych pionów. Żyjąc pod ogromną presją, często niezwykle zmęczony, zawsze uważnie słuchał tego, co mówiłem, a gdy sytuacja tego wymagała, szybko podejmował niezbędne decyzje i działania.
Cały czas widzę Jego skupiony wzrok, gdy zastanawiał się, jak należy postąpić, by należycie rozwiązać kolejny problem. Ale widzę też nadal Jego uśmiech i słyszę ton, w którym żartował. Nie znałem Go tak dobrze, jak Jego przyjaciele, ale nie ulega wątpliwości, że lubił żartować, lubił rozmawiać, lubił ludzi. Zapamiętam Prezesa jako osobę niezwykle skromną. Chociaż kierował instytucją zatrudniającą ponad 2 tys. osób, z filiami na terenie całego kraju, brak było w Jego zachowaniu oznak bizantynizmu. W ostatnim roku nieraz publicznie powtarzał, że nie jest przywiązany do posady i Jego przyszłość urzędnicza jest problemem nękających Go pytaniami dziennikarzy, a nie Jego samego. W moim przekonaniu był w tych stwierdzeniach szczery, chociażby dlatego że był cenionym mediewistą i nauczycielem akademickim. Miał czym się zająć po zakończeniu kadencji. Podjął pracę w IPN, by służyć społeczeństwu. Jako dyrektor Oddziału czy prezes IPN mógł to robić skuteczniej niż jako działający na własną rękę historyk- akademik. W sposób konsekwentny i stanowczy pełnił swoją misję do końca.
Prezes dbał, by godnie reprezentować IPN i Polskę podczas spotkań z zagranicznymi partnerami, a jednocześnie wśród wielu z nich, czy to na Ukrainie, czy w Izraelu i Stanach Zjednoczonych, zjednywał sobie szacunek i sympatię. Możliwość współpracy z takim człowiekiem uważam za jedno z najbardziej pożytecznych i ważnych doświadczeń w moim życiu. Tragedia smoleńska sprawiła, że zawodowe, a w końcu koleżeńskie relacje z Januszem, tak nagle zostały przerwane.
Synom Janusza Kurtyki, dla których z powodu licznych obowiązków miał w ostatnich latach tak niewiele czasu, pragnę powiedzieć, że ich Ojciec cieszył się szacunkiem setek tysięcy, jeżeli nie milionów Polaków na całym świecie. Wiele razy byłem świadkiem, jak ludzie podchodzili do Niego i dziękowali za to, co robi IPN pod Jego kierownictwem. Możecie być dumni ze swojego Ojca.