Poniedziałek, 21 maja 2012, data aktualizacji serwisu: 21.05.2012
Szukaj w serwisie

Wspomnienia

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Męczennik prawdy

Janusza Kurtykę poznałem na początku lat osiemdziesiątych. Był wtedy jeszcze studentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim i działaczem Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Był też działaczem opozycji demokratycznej, związanym z Duszpasterstwem Ludzi Pracy w Nowej Hucie-Mistrzejowicach, z którym ściśle współpracowałem. Duszpasterstwo to założył i prowadził śp. Kazimierz Jancarz, kapelan nowohuckiej „Solidarności”. Na prośbę tego ostatniego, Janusz, chyba tuż po obronie pracy magisterskiej, zaczął prowadzić wykłady z historii na Chrześcijańskim Uniwersytecie Robotniczym im. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Uniwersytet ten, oczywiście nielegalny, miał za zadanie wykształcić elity niepodległościowe. Mieścił się on w salkach katechetycznych przy mistrzejowickiej parafii pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbego. Gromadził wielu słuchaczy, tak robotników, jak i przedstawicieli inteligencji. Janusz jako wykładowca cieszył się uznaniem, a zwłaszcza – choć nie wiem, czy mogę to jako duchowny napisać – u pań słuchaczek, wzdychających do Niego. On jednak wybrał Zuzannę i był jej zawsze wierny.

Już wtedy widziałem, że historia była Jego pasją życiową, a największym autorytetem – marsz. Józef Piłsudski. Nie dziwił mnie więc Jego wybór pozostania zawodowym historykiem. Był rzetelnym pracownikiem naukowym. Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której by kłamał, manipulował. Równocześnie angażował się w działalność wydawnictw ukazujących się poza zasięgiem cenzury. Jak wspominał nasz wspólny przyjaciel, Wojciech Marchewczyk, redaktor naczelny podziemnego „Hutnika”, Janusz Kurtyka zajmował się kolportażem „bibuły” na terenie Nowej Huty i w środowiskach akademickich w Krakowie. Brał udział także w demonstracjach ulicznych, często mocno się narażając.

Po 1989 r. spotykaliśmy się raczej sporadycznie. Wiedziałem jednak, że Janusz kontynuuje karierę naukową oraz że ma dwóch synów, a dla swojej rodziny buduje dom w podkrakowskich Strumianach k. Wieliczki. Nasza przyjaźń odnowiła się w 2003 r., kiedy był już dyrektorem krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. To On mnie namawiał, bym sięgnął do akt na swój temat. Wstrzymywałem się jednak, gdyż nie chciałem wracać do tych przykrych dla mnie spraw. Poza tym w czasie śledztwa prowadzonego w latach 1991–1995 przez prokuraturę krakowską, ówczesny szef Urzędu Ochrony Państwa stwierdził w oficjalnym piśmie, że w sprawie mego pobicia zachowały się jedynie dwie kartki papieru. Dopiero gdy w 2005 r. pojechałem do Gdańska na uroczystości z okazji dwudziestopięciolecia powstania „Solidarności” i gdy towarzyszący mi przyjaciele z Nowej Huty zaczęli opowiadać o swojej traumie wynikającej z lektury tych akt, postanowiłem zmierzyć się z tym problemem.

Wystąpiłem o status pokrzywdzonego, który szybko otrzymałem. Wtedy ku swojemu zdziwieniu dowiedziałem się, że zachowały się nie tylko kilkusetstronicowe akta mnie dotyczące, ale i film wideo nakręcony przez Służbę Bezpieczeństwa. Nigdy nie zapomnę 8 października roku 2005, gdy w gabinecie Janusza w archiwum IPN w Wieliczce mogłem po raz pierwszy zapoznać się z aktami i zobaczyć ten film. Był to dla mnie prawdziwy wstrząs. Wtedy bowiem zrozumiałem, jak wielkim kłamstwem były informacje, przez wiele lat szeroko kolportowane wśród duchownych, że wszystkie akta dawnego Wydziału IV SB, zajmującego się walką z Kościołem katolickim, zostały zniszczone przed okrągłym stołem. Miało to się stać jakoby na mocy cichego porozumienia pomiędzy Czesławem Kiszczakiem a Episkopatem Polski. Zrozumiałem też, że dalsze udawanie, że akt tych nie ma, może być szkodliwe dla wiarygodności Kościoła. Tym bardziej że wcześniej czy później, czy to władzom kościelnym podoba się, czy nie, świeccy historycy i dziennikarze akta te otworzą i podadzą do publicznej wiadomości. Akta te, choć mocno przetrzebione, wydawały mi się prawdziwym polem minowym, które trzeba było jak najszybciej rozbroić.

Korzystając z opieki naukowej ks. prof. dr. hab. Andrzeja Zwolińskiego z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, wystąpiłem z projektem badawczym „Działalność antykościelna Wydziału IV SB w Krakowie”. W archiwach IPN spędziłem wiele miesięcy, pracując non stop. Na podstawie wspomnianego projektu powstała książka Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej. Pozycja ta była zaciekle atakowana przez różne środowiska, słusznie obawiające się, że jej publikacja obnaży dotychczasowe zakłamanie, oparte na tzw. grubej kresce. Mimo wielu ataków personalnych książka ukazała się w lutym 2007 r.

Janusz cały czas wspierał mnie moralnie. Był na promocji książki w Krakowie. Rok temu nawet stanął w obronie Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach, którą prowadzę, a której starano się cofnąć dotację na prowadzenie siedmiu świetlic terapeutycznych dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Nawiasem mówiąc, ze względu na profesję swojej żony, lekarki, zawsze tymi dziećmi się interesował. Ja również wspierałem Janusza, gdyż przez ostatnie lata swego życia był w sposób okrutny atakowany przez przeciwników, głównie przez środowisko „Gazety Wyborczej”. Ostatnie lata życia były dla Niego prawdziwą drogą krzyżową. Deptano Jego godność osobistą. Próbowano nawet rozbić Jego rodzinę. Rozpętano aferę, wmawiano, że uwodził jedną z dziennikarek – uwaga! – aktami w sprawie abp. Stanisława Wielgusa. Poniżany i wyszydzany nie dał się jednak złamać, choć wszystko to bardzo dotkliwie odczuwał. W tych trudnych chwilach niejednokrotnie sam nazywał siebie piorunochronem. Mówił, że biją w Niego, ale On odbija pioruny, aby chronić innych. Bardzo się wtedy postarzał.

Janusz miał wiele planów zawodowych. W sobotę miał lecieć do Katynia, a w środę do Brukseli. Chciał jeszcze wiele zrobić, głównie w dziedzinie naukowej. Miał już stopień doktora habilitowanego, więc naturalnym krokiem było staranie się o profesurę prezydencką. Marzył o tym. Stało się jednak inaczej. Śmierć Janusza była symboliczna. Umarł jako męczennik prawdy, o którą walczył przez całe życie. Często powtarzał za Ewangelią – „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Ci wszyscy, którzy Go opluwali, powinni nad Jego grobem powiedzieć „przepraszam”.

Drogi Januszu, żegnaj. Prawda otworzyła Ci drzwi do Nieba.
 

Powrót
Drukuj
Generuj plik PDF
Poleć stronę znajomemu
Adres do korespondencji
Instytut Pamięci Narodowej, ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
©2000-2012 Instytut Pamięci Narodowej. Wszelkie prawa zastrzeżone.