Jarosław Szarek OBEP IPN Kraków
BY OJCZYŹNIE PRZYWRÓCIĆ WOLNOŚĆ...
„Wydałem dziś upragniony przez Was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej i twardej walki prowadzonej w podziemiach konspiracji stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić Wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polski” – pisał dowódca Armii Krajowej, gen. Tadeusz Komorowski „Bór” w rozkazie nakazującym rozpoczęcie Powstania w stolicy 1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” – 17.00.
Wycofujące się wojska niemieckie, sowieckie czołgi na przedpolach Pragi, ogromne napięcie wśród ludności pragnącej odwetu na okupancie, to wszystko skłoniło gen. Komorowskiego „Bora” i Delegata Rządu na Kraj, wicepremiera Jana Stanisława Jankowskiego, do podjęcia decyzji o rozpoczęciu walk w Warszawie, które miały trwać kilka dni. W mieście Armia Krajowa dysponowała prawie 50 tys. żołnierzy, jednak słabo uzbrojonymi. W pierwszych dniach powstańcy opanowali większą część Śródmieścia z Powiślem, Stare Miasto, Żoliborz, Wolę, Mokotów.
Entuzjazm ludności, która wyzwoliła się z niemieckiej okupacji, był ogromny. Niemal natychmiast zaczęły funkcjonować jawnie struktury działającego dotychczas w konspiracji Polskiego Państwa Podziemnego: urzędy, prasa, poczta, opieka społeczna itp. „Z wyzwolonych ulic znikły, nie wiadomo kiedy, tak masowe do niedawna znaki okupacji. Natomiast na każdej wyzwolonej ulicy widać już polskie flagi, polskie afisze, słychać rozgwar niepodległej mowy, niekiedy nawet niepodległy śpiew. Nie to jednak jest najistotniejsze. Ważniejsze jest to, co zaszło w duszach naszych. Oto w ciągu jednej chwili nastąpiło zapadnięcie się w przepaść całego pięciolecia okupacyjnego. W tym wspaniałym zjawisku strząśniecie ze siebie jarzma okupacji i pełnego nawrotu ku niepodległemu życiu nie ma żadnego cudu. Jest to naturalny wynik nieprzerwanego działania w podziemiach całego naszego polskiego życia państwowego, społecznego, kulturalnego” – relacjonowano w legalnie już ukazującej się prasie. Warszawiacy zaczęli szybko organizować życie w walczącym mieście. „Nie ma dziś prawie domu w Warszawie bez urządzonego przez mieszkańców ołtarza. Często księża z opaskami biało-czerwonymi na ramionach odprawiają przy nich Msze św. Zgodnie z udzielonym przez Papieża zezwoleniem dla kapłanów na froncie, każdemu z księży wolno odprawić nie jedną a trzy Msze dziennie. […] Na nabożeństwach nastrój jest bardzo podniosły. Na zakończenie każdego intonowany jest hymn, zakazany przez pięć lat okupacji: Boże coś Polskę.” – donosił „Biuletyn Informacyjny”.
W połowie sierpnia 1944 roku, po dwóch tygodniach walk, nadziei wciąż było jeszcze wiele. Powstańcza „Barykada Powiśla” pisała: „Warszawa śpiewa! W dramatycznej sytuacji, otoczona siłami wroga, wśród zmagań na śmierć i życie, stolica Polski rozbrzmiewa coraz częściej gromką nutą pieśni. Już wczesnym rankiem słychać w podwórzach i na kwaterach „Kiedy ranne wstają zorze” – a potem śpiewają maszerujące oddziały: „Tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie, dziewczyno...” Powstają samorzutnie chóry, organizują się koncerty. Pieśni żołnierskie i artystyczne, poważne i wesołe, a nawet aktualne improwizacje przygodnych muzyków i poetów na placówkach i barykadach. Inna to wojna, niż we wrześniu 1939 roku. Wtedy nie śpiewali. Było beznadziejnie i ponuro...”
Śpiewali nie wiedząc, że wyrok na niepodległą Polskę zapadł już wcześniej. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania na konferencji w Teheranie w 1943 roku zaakceptowały sowiecki dyktat nie tylko nad Polską, ale i całą wschodnią Europą. Tym samym podeptały swe własne zasady Karty Atlantyckiej – dokumentu, podpisanego na początku wojny przez oba państwa i stwierdzającego m.in., iż po zwycięskiej wojnie nie zostaną dokonane żadne zmiany granic bez woli państw zainteresowanych, a ich system rządzenia i władze zostaną wyłonione w wolnych wyborach. W planach Stalina nie było miejsca na niepodległą Polskę, lecz jedynie okrojoną z połowy przedwojennego terytorium kolonię rządzoną przez komunistycznych namiestników. Realizacja tej koncepcji wymagała jednak rozprawy z Polskim Państwem Podziemnym i jego podziemną – najliczniejszym w okupowanej Europie wojskiem – Armią Krajową. Do jej likwidacji Sowieci przygotowywali się już wcześniej. Komunistyczna GL i AL wraz z sowiecką partyzantką dokładnie rozpoznawały teren i polskie struktury podziemne. W grudniu 1943 roku dowódca sowieckiej partyzantki na Białorusi, gen. Ponomarenko wydał rozkaz nakazujący rozbrajanie polskich oddziałów Armii Krajowej na Nowogródczyźnie. Znalazło się w nim także złowrogie zdanie: „W razie oporu w czasie rozbrajania ze strony legionistów (partyzantów) rozstrzeliwać na miejscu...”
Od początku 1944 roku sowieckie wojska napotykały na walczące z Niemcami oddziały AK – m.in. na 27 Wołyńską Dywizję Piechoty Armii Krajowej, przystępując do ich rozbrajania, aresztowania i wywózek do łagrów. W lipcu 1944 roku taki los spotkał wyzwalających Wilno i Lwów żołnierzy AK i ich dowódców. Podobnie było na Lubelszczyźnie. Do Komedy Głównej AK i Londynu nadchodziły ostatnie dramatyczne depesze: „Sowieci nas rozbrajają 27 DP”, „Jesteśmy rozbrojeni przez bolszewików. Koniec AK. Niech żyje Polska”. Zachód pozostał jednak bierny wobec tych poczynań czerwonej armii i NKWD na wschodnich ziemiach Rzeczpospolitej, zajętych przez Moskwę po 17 września 1939 roku na mocy paktu z Hitlerem. Teraz wraz z wypieraniem z nich Niemców były one traktowane jako terytoria sowieckie, na co zgodzili się w Teheranie alianci poza plecami legalnych władz Rzeczpospolitej.
W takiej sytuacji rozpoczęcie walki w stolicy Polski i wyzwolenie jej przez Armię Krajową dawało nadzieję, iż wolny świat nie zezwoli Sowietom na takie bezprawie jak na wschodnich ziemiach Rzeczpospolitej. Stalin doskonale wiedział, że na przeszkodzie do zniewolenia Polski stała niepokorna Warszawa ze swą patriotyczną młodzieżą. W stolicy postanowił więc wykorzystać doskonałą okazję, aby niemieckimi rękami rozprawić się z Polakami. Słusznie przewidywał, że zwycięstwo Powstania uniemożliwi mu skuteczne skomunizowanie Polski, a patriotyczna młodzież stolicy nie zaakceptuje komunizmu, ale będzie gotowa wystąpić przeciwko niemu w kolejnym, tym razem antysowieckim zrywie.
Tymczasem już w pierwszych dniach Powstania Kazimierz Pużak – działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, w okresie zaborów wieloletnie więzień carski, a podczas okupacji przewodniczący podziemnego parlamentu, Rady Jedności Narodowej – depeszował do Londynu: „Stwierdzam całkowitą izolację naszego powstania w obozie anglosaskim – podobnie jak w roku 1939. Całkowitą bezczynność sowiecką”. Wraz z wybuchem walk powstańczych Stalin zatrzymał idącą na Warszawę ofensywę czerwonej armii, która zgodnie z planami miała ją zająć do 8 sierpnia. Sowieci czekali, aż stolica legnie w gruzach, grzebiąc pod swymi ruinami patriotyczną młodzież. Moskwa długo odmawiała nawet pozwolenia na lądowanie na swych lotniskach samolotów alianckich, które pokonywały trasy z Włoch i Wielkiej Brytanii, latając z pomocą dla Powstania i ponosząc przy tym ogromne straty. Z polskiej eskadry startującej na pomoc Warszawie z włoskiego Brindisi ocalały jedynie 2 załogi. Sowieci nie udzielili odpowiedniego wsparcia jednostkom armii Berlinga, w krwawej przeprawie forsującym Wisłę i zdobywającym przyczółek czerniakowski. Nie zaprawieni do walk w mieście, świeżo zmobilizowani żołnierze po kilkudziesięciu godzinach ulegli przewadze niemieckiej.
Po pierwszych kilku dniach, gdy powstańcy posiadali inicjatywę, wojska niemieckie przeszły do kontrofensywy. Armia Krajowa pozbawiona pomocy z zewnątrz, nie dysponując bronią ciężką i przeciwlotniczą, nie była w stanie oprzeć się uzbrojonym po zęby okupantom. Niemcy szybko wzmacniali swoje siły, zdobywając kolejne dzielnice i bestialsko rozprawiając się z ludnością cywilną. Okrucieństwem wyróżniły się zwłaszcza specjalnie użyte do pacyfikacji miasta oddziały złożone z kryminalistów i kolaborantów. Niemieckie samoloty startowały z okolicznych lotnisk, by po kilku minutach bez żadnego przeciwdziałania ze strony lotnictwa sowieckiego zrzucić bomby obracające w ruiny wciąż nowe ulice. Warszawiaków terroryzował też regularny ostrzał najcięższej artylerii.
Wobec pogarszającej się sytuacji mieszkańców stolicy, braku żywności, oraz szans na jakąkolwiek pomoc, 2 października 1944 roku przedstawiciele Armii Krajowej podpisali kapitulację, która miała ratować miasto i warszawiaków, a której warunków Niemcy nie dotrzymali. W Warszawie zginęło 18 tys. powstańców, ponad 20 tys. zostało rannych, 15 tys. na czele z Komendantem Głównym AK gen. Tadeuszem Komorowskim „Borem” poddało się do niewoli. Śmierć poniosło ponad 150 tys. osób, 50 tys. wywieziono do obozów koncentracyjnych, a 150 tys. na przymusowe roboty do Rzeszy. Wśród ofiar powstania nie zabrakło wybitnych twórców kultury, m.in. 4 sierpnia poległ Krzysztof Kamil Baczyński, największy poeta pokolenia Polski Walczącej, żołnierz batalionu „Parasol” Armii Krajowej. Tadeusz Gajcy, wybitny poeta, redaktor „Sztuki i Narodu” poniósł śmierć w wysadzonej w powietrze reducie batalionu „Chrobry”. Zginął też znany powieściopisarz Juliusz Kaden-Bandrowski. W powstańczym szpitalu zmarł przeszło 80-letni Zenon Przesmycki-Miriam, poeta, legenda Młodej Polski. Na barykadach stolicy padli m.in.: Krystyna Krahelska, autorka popularnej piosenki „Hej chłopcy, bagnet na broń”, poeci Włodzimierz Pietrzak, Juliusz Krzyżewski, Jan Miernowski czy Stanisław Miłoszewski, były prezes Zjednoczenia Polskich Pisarzy Katolickich. Jeden z krytyków literackich stwierdził, że śmierć Krzysztofa K. Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego była dla Polski taką stratą, jak gdyby w powstaniu listopadowym zginął Juliusz Słowacki. Ich miejsce zajęli komunistyczni kolaboranci i karierowicze, którzy przybyli za sowieckimi czołgami ochoczo włączając się w budowę sowieckiego systemu. To oni i ich dzieci przez kilka pokoleń niewolili Polskę. Ich ofiarami padli uczestnicy Powstania, którzy zapełnili po wojnie ubeckie więzienia. Wielu z nich, jak legendarny rotmistrz Witold Pilecki, czy Jan Rodowicz „Anoda” z batalionu „Zośka” zostało zamordowanych. Pamięć o Powstaniu przechowywały kolejne pokolenia, czego świadectwem były tłumy warszawiaków na Powązkach, 1 sierpnia oddając hołd nie tylko poległym, ale dając świadectwo ideom walki o niepodległość, w imię których tamci zginęli.
Nazajutrz po upadku Powstania prezydent Rzeczypospolitej Władysław Raczkiewicz powiedził: „Stała się rzecz, której spodziewaliśmy się od kilku dni, lecz z którą mimo to jakżeż ciężko się pogodzić – Warszawa, bohaterska Warszawa padła 63-go dnia straszliwej, nierównej walki, toczonej przeciwko przygniatającej przemocy nieprzyjaciela, padła w chwili, gdy sprzymierzeńcy osiągnęli nad wrogiem decydującą przewagę, a huk dział na wszystkich polach bitewnych Europy zwiastuje niedaleką już klęskę Niemiec. Tragizmu tego faktu nic już nie zdoła złagodzić. (...) W blasku zgliszcz heroicznego miasta każdy, kto chce patrzeć, dojrzeć musi tę wielką prawdę: nie ma ceny, której nie bylibyśmy gotowi zapłacić za wolność i niepodległość, nie ma trudu, którego nie podjęlibyśmy dla tej sprawy i nie ma siły, które by nas od tego odwieść zdołała. Warszawa padła, ale niezmordowana walka narodu polskiego toczy się dalej”. Zmagania Polaków o wolność i przekreślenie teherańsko-jałtańskiego podziału Europy trwały jeszcze kilka pokoleń.
Jarosław Szarek