Nawigacja

Media o IPN

PRZEGLĄD MEDIÓW - 4 grudnia 2006 r.

KRÓTKO:
  • Praca Edmunda Krasowskiego i styl kierowania przez niego Oddziałem IPN w Gdańsku od dłuższego czasu budziły zastrzeżenia kierownictwa Instytutu - poinformował rzecznik prasowy IPN Andrzej Arseniuk. Arseniuk odniósł się do odwołania Krasowskiego i związanych z tym jego zarzutów pod adresem szefa IPN. Krasowski powiedział w piątek, że pozostający w "pewnym układzie" prezes Instytutu Janusz Kurtyka odwołał go, bo w sposób czysty i apolityczny wykonał ustawę o IPN. Zarzucił też Kurtyce szantaż i stosowanie metod z czasów komunistycznych. Arseniuk w przesłanym oświadczeniu poinformował, że Krasowski 29 listopada stawił się w centrali IPN Warszawie, gdzie w obecności dyrektora generalnego Instytutu, prezes Kurtyka poinformował go o odwołaniu ze stanowiska. "Pan Edmund Krasowski odmówił zapoznania się z przyczynami odwołania oraz przyjęcia aktu odwołania. W dniu 30 listopada dyrektor sekretariatu prezesa udał się do Gdańska i przekazał pani Marzenie Kruk upoważnienie do tymczasowego kierowania oddziałem. Pan Krasowski był nieobecny w pracy i przyczyn swojej nieobecności do tej pory nie wyjaśnił" - dodał Arseniuk. "Praca pana Krasowskiego oraz styl kierowania Oddziałem od dłuższego czasu budził zasadnicze zastrzeżenia kierownictwa Instytutu" - podkreślił. PAP, IAR, RMF FM 1.12.2006 r., Nasz Dziennik 2-3.12.2006 r.
  • Gazeta Wyborcza: - Kurtyka wycina wszystkich, którym nie podoba się nowa ustawa lustracyjna i którzy nadawali status pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie - mówi Krasowski. - Prezes zaproponował mi odejście za porozumieniem stron - mówi Krasowski. - Dodał, że to będzie dla mnie korzystne finansowo. Odebrałem to jak szantaż, jak za czasów stanu wojennego. Odmówiłem. Wtedy stwierdził, że mnie odwołuje. Zapytałem o przyczynę. Usłyszałem dwa absurdalne zarzuty. Po pierwsze, że ujawniłem prałatowi Jankowskiemu, że Florian Wiśniewski, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, był agentem. A przecież o jego przeszłości mówił kilka lat temu marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Jaki jest drugi powód? - Kurtyka ma mi za złe, że jako pracownik Instytutu przyjąłem pełnomocnictwo do reprezentowania w IPN-ie księdza Stanisława Tasiemskiego, redaktora Radia Watykańskiego. Znam go od lat. Kolejnym powodem mojego odwołania może być przyznanie statusu pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie. Pracę stracili wszyscy, którzy mu go nadali: prezes Leon Kieres, Grażyna Skutnik, która podpisała się pod wnioskiem, a teraz ja – mówi Krassowski. Gazeta Wyborcza, Gazeta Wyborcza Trójmiasto 2-3.12.2006 r.
  • Edmund Krasowski, odwołany dyrektor gdańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, nie chce się pogodzić z utratą stanowiska. Wczoraj w Trójmieście urządził zaimprowizowaną konferencję prasową, na której oznajmił, że w Instytucie działa „pewien bardzo niebezpieczny układ”. Przyczyna odwołania pana Krasowskiego jest prosta – od dłuższego czasu jego praca budziła zastrzeżenia ­ mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Krasowski, z wykształcenia astronom, nie chce się pogodzić z utratą stanowiska. Pojechał nawet na skargę do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, o którym mówi: „mój dobry kolega”. Wysocy rangą pracownicy IPN twierdzą, że styl kierowania gdańskim ośrodkiem przez Krasowskiego był „delikatnie mówiąc kompromitujący” i trzeba było coś z tym zrobić. IPN nie chce się wdawać w polemikę ze sfrustrowanym byłym dyrektorem Krasowskim, który zapowiada, że będzie czekał na zmianę decyzji, a na razie prawdopodobnie pójdzie na zwolnienie lekarskie. Życie Warszawy 2-3.11.2006 r.
  • Prezydencka nowelizacja ustawy lustracyjnej trafi do Sejmu w ciągu dwóch tygodni. Poinformował o tym w radiowej Trójce szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło. Powiedział on w "Śniadaniu w Trójce", że nowelizacja przewiduje między innymi utworzenie działu lustracyjnego w Instytucie Pamięci Narodowej. To prokurator IPN ma udowodnić, czy ktoś był agentem komunistycznych służb specjalnych. Szczygło dodał, że prezydent przeprowadzi jeszcze konsultacje projektu. Ryszard Kalisz z Sojuszu Lewicy Demokratycznej powiedział, że opóźnianie nowelizacji przez prezydenta może spowodować, iż ustawa wejdzie w życie w wersji uchwalonej przez Sejm. SLD zaskarży więc ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Minister Szczygło odpowiedział, że jeśli nowelizacja zostanie złożona w ciągu dwóch tygodni, to parlament będzie miał szansę ją uchwalić przed wejściem ustawy w życie. Polskie Radio PR III 3.12.2006 r.
  • "Dziennik Ustaw" z datą 30 listopada opublikował ustawę wprowadzającą nowe zasady lustracji. Wejdzie ona w życie w pierwszych dniach marca 2007 r. Prezydent Lech Kaczyński chce, by do tego czasu przyjęto nowelizację tej ustawy. PAP 1.12.2006 r.
  • „Newsweek” Wybitny pisarz Henryk Grynberg półwieku temu uległ szantażowi służb specjalnych. Dziś wzywa kolegów do autolustracji. W wywiadzie udzielonym „Życiu Warszawy” pisarz stwierdza: "Chciałbym, aby otworzono i pokazano wszystko co jest na mój temat (...) chcę, by ujawniono każde słowo, każdy dokument. Wzywam moich kolegów pisarzy, dziennikarzy, by uczynili to samo. Wiem, że wielu z nich (...) znajduje się na listach tajnych współpracowników. Mówię im "pokazuję swoje, a wy pokażcie swoje". Według "Życia Warszawy" z akt IPN wynika, że Grynberg został zwerbowany w 1956 r. i był zarejestrowany do 1969 r., kiedy odmówił powrotu z USA do kraju. Podpisał zobowiązanie do współpracy jako 20-letni student, bo chciał ułatwić rodzinie wyjazd do Izraela. Bezpieka w jego mieszkaniu urządziła "punkt adresowy", na który przysyłane były listy od tajnych współpracowników z zagranicy. Ponieważ Grynberg również chciał wyjechać do Izraela, SB planowała, że będzie agentem wywiadu. Nic z tego nie wyszło. W aktach nie ma też śladu, by donosił na kolegów z Teatru Żydowskiego, gdzie występował po studiach. Grynberg mówi "Życiu", że podpisał zobowiązanie ze strachu i dlatego, że był szantażowany. Jego ojczym robił "półlegalne interesy" i musiał zniknąć z kraju. "Ludzie z bezpieki dali mi do zrozumienia, że jeśli zależy mi, aby rodzice wyjechali, to muszę współpracować". - Nie byłem szpiclem, nie donosiłem na nikogo, nie wziąłem od nich ani grosza - mówił Grynberg. Kiedy w USA złożył podanie o azyl, ujawnił FBI, że współpracował z SB. Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita 2-3.12.2006 r., Życie Warszawy 1.12.2006 r.
  • „Polityka" i „Puls Biznesu" nie chcą się pozbyć dziennikarzy, których TVP oskarżyła o współpracę z peerelowskimi specsłużbami. Dziennikarze twierdzą, że są bezpodstawnie pomawiani. Do współpracy przyznaje się jedynie Wojciech Giełżyński. Passent, Toeplitz, Nierychło i Dziedzic zdecydowanie zaprzeczają. - To absurdalna nieprawda - mówi "Rz" Nierychło. W podobnym tonie wypowiada się Toeplitz. Daniel Passent w internetowym blogu wydał oświadczenie, w którym nazywa oskarżenia bredniami. Zapowiada złożenie wniosku w IPN, który ma oczyścić go z zarzutów. Po co TVP wyemitowała program o dziennikarzach agentach? - Chcieliśmy pokazać, jak szkodliwe jest nieprzeprowadzenie do tej pory prawdziwej lustracji w naszym środowisku - mówi "Rz" Anita Gargas, szefowa "Misji". - Widzowie mają prawo wiedzieć, kto przekazuje im informacje o świecie. „Dociekanie prawdy czy gra teczkami” Rzeczpospolita, „Tylko jeden się przyznał” Dziennik, Nasz Dziennik 2-3.12.2006 r.
  • Proces ujawniania prawdy o naszym środowisku w końcu się zaczyna i może okazać się bolesny. Ale kto dziś powie, że nie warto było ujawniać prawdy o przeszłości Lesława Maleszki, który latami donosił na swoich przyjaciół z opozycji, a potem miał wpływ na ton publicystyki politycznej w wolnej Polsce? Teraz pojawiają się następne nazwiska dziennikarzy podejrzewanych o agenturalność. Stopień i rodzaj ich współpracy mogły być zupełnie różne. Nie należy każdego zachowania oceniać w ten sam sposób. Mogą się zdarzać przypadki osób osądzonych niesprawiedliwie. Nie wiemy jeszcze, jak ostatecznie będzie wyglądać ustawa lustracyjna. Dlatego redakcje powinny zwrócić się do swoich pracowników, by wystąpili do Instytutu Pamięci Narodowej o nadanie im statusu pokrzywdzonego. Powinny też wyjaśniać wszystkie wątpliwości. Nie wolno rzucać oskarżeń niepopartych twardymi dowodami. Ale nie można też próbować zamieść wszystkiego pod dywan, jak to dzieje się dziś np. wśród części hierarchów kościelnych. Chodzi o wiarygodność. Rzecz najważniejszą w dziennikarstwie – pisze w komentarzu w „Rzeczpospolitej” Igor Janke. Rzeczpospolita 2-3.12.2006 r. .
  • Lustracja kolegów, którzy trzydzieści lat temu podpisali zobowiązanie do współpracy, ma głównie znaczenie historyczne. Powinno się szybko ujawnić dziennikarzy, którzy dziś współpracują ze służbami specjalnymi. Takie osoby stanowią zagrożenie dla demokracji. Niestety, zamiast zająć się rzeczywistym problemem, ciągle żyjemy wydarzeniami sprzed lat – mówi „Rz” Jacek Żakowski. - Dla mnie dziennikarz, który podpisał zobowiązanie do współpracy albo kwit, że pobierał pieniądze za donosy, jest skreślony - jako dziennikarz i jako człowiek. Kiedy słyszę wypowiedź Wojciecha Giełżyńskiego, że gdyby nie podpisał zobowiązania do współpracy, to nie napisałby 65 książek, odpowiadam - ja dziękuję za te 65 książek. Chciałbym, by lustrację przeprowadzili fachowcy, choćby ludzie z IPN – mówi Andrzej Bober. Rzeczpospolita 2-3.12.2006 r.
  • Część dziennikarzy, których nazwiska w kontekście współpracy ze służbami specjalnymi PRL pojawiły się w czwartkowej "Misji Specjalnej" w TVP, zaprzecza tym doniesieniom i zarzuca, że nie wiedzieli, iż taki program jest przygotowywany. Autorka zapewnia, że dochowała zasad rzetelności dziennikarskiej. Program będzie analizowany przez Radę Programową TVP. Rada Programowa Telewizji Polskiej powinna zająć się czwartkowym programem "Misja specjalna" - uważa przewodnicząca tego gremium Janina Jankowska. "Misja specjalna " ujawniła nazwiska kilkorga dziennikarzy, którzy mieli współpracować z SB. Chodzi o Daniela Passenta, Krzysztofa Teodora Toeplitza, Irenę Dziedzic, Wojciecha Giełżyńskiego, Andrzeja Drawicza i Andrzeja Nierychłę.Janina Jankowska podkreśla, że media publiczne muszą się zajmować tym tematem w sposób odpowiedzialny, to znaczy pokazywać mechanizmy, a nie stawiać na sensacyjność. Janina Jankowska zwraca uwagę, że dziennikarzom, których nazwiska w "Misji specjalnej" wymieniono w kontekście współpracy z bezpieką, nie dano możliwości wypowiedzi. PAP, IAR 1.12.2006 r.
  • Dorota Kania - autorka czwartkowej "Misji Specjalnej" w TVP1 oraz Anita Gargas, pod której redakcją ukazuje się program, odpierają zarzuty, że wydanie, w którym przedstawiono informacje na temat współpracy znanych dziennikarzy z SB, zostało zrealizowane w nierzetelny sposób. Według mnie została zachowana rzetelność dziennikarska, bo daliśmy możliwość zainteresowanym wypowiedzenia się w tej sprawie przed kamerą, ale nikt tego nie skorzystał" - powiedziała w piątek PAP Kania. Podkreśliła, że "być może w programie zabrakło jednego zdania: że te osoby nie chciały wypowiedzieć się przed kamerą". "Tego zdania nie było, być może jest to pewien rodzaj zaniedbania. Myśmy próbowali się ze wszystkimi skontaktować i jestem w stanie to udowodnić" – dodała. PAP 1.12.2006 r.
  • Czy wreszcie wszyscy dziennikarze - konfidenci służb specjalnych PRL zostaną zdemaskowani? - pytał na wstępie czwartkowej "Misji specjalnej" prezenter i odpowiadał: - Tak, bo wkrótce wejdzie w życie ustawa lustracyjna i dziennikarze znajdą się wśród lustrowanych zawodów. "Misja" nie czekała na ustawę, jej dziennikarze sami "dotarli" do akt IPN na temat swoich starszych kolegów. Minął czas, gdy wielką sensacją w telewizji było zlustrowanie pojedynczego człowieka. Teraz reporterzy "Misji" do teczek docierają hurtowo – pisze w „Gazecie Wyborczej” Wojciech Czuchnowski. Na subtelności nie było czasu. Wszystkich sprowadzono do jednego mianownika: "donosili na kolegów". Nikogo nie spytano, czy ma coś na swoją obronę (Dziedzic, Passent, Toeplitz i Nierychło zaprzeczyli oskarżeniom). Z akt bezpieki lektor odczytał strzępy informacji, na czym miała polegać współpraca niektórych bohaterów audycji. O innych nie powiedziano nic poza tym, że figurują w rejestrach. Gazeta Wyborcza 1.12.2006 r.
  • W katowickiej kurii w latach 80. w kręgu najbardziej zaufanych współpracowników biskupa Herberta Bednorza było co najmniej trzech agentów SB. Dwaj z nich to księża, trzeci - to działacz katolicki - pisze "Rzeczpospolita". Akta Świtonia to prawie 20 tys. stron dokumentów. Bezpieka nadała mu kryptonim Emisariusz. Świtoń nie ukrywał, że najbardziej zależało mu na tym, aby dowiedzieć się, kim byli duchowni, których meldunki znalazł w swojej teczce. - Chcę, aby wszyscy dowiedzieli się, kim byli donosiciele - mówi Świtoń. Listę z nazwiskami kilkunastu donosicieli opublikował w Internecie. Z dokumentów, które zachowały się w archiwum IPN na temat Świtonia wynika, że najbardziej cenni dla Wydziału IV SB w Katowicach, byli trzej tajni współpracownicy: "Zajączkowski", "Wiedeńczyk" i "Plastyk". „Zajączkowski” to ksiądz Romuald Rak (zarejestrowany pod numerem 31 894) - profesor teologii, wieloletni wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie dowiemy się, dlaczego współpracował z bezpieką i jak został zwerbowany. Zmarł trzy lata temu. "Wiedeńczyk" to ksiądz Benedykt Woźnica (nr ewid. 27 754). Duszpasterz akademicki, należał do Biskupiego Komitetu Pomocy Uwięzionym i Internowanym w Katowicach. Ksiądz jest na emeryturze. Kolejny tajny współpracownik "Plastyk" to działacz katolicki Wiesław Gwiżdż (nr ewid. 39 989). Prezes Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, poseł Sejmu IX kadencji (1985-1989), działacz popierającego wprowadzenie stanu wojennego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Reprezentował stronę rządową w obradach Okrągłego Stołu. Rzeczpospolita 1.12.2006 r.
  • Nawet w przypadku zniszczenia materiałów agenturalnych mamy możliwość odnalezienia śladów aktywności osobowego źródła informacji UB - SB. Rozmowa z dr. Filipem Musiałem z krakowskiego oddziału IPN. Ukazanie metod badania i analizowania materiałów komunistycznego aparatu represji. Archiwalia te są takimi samymi źródłami historycznymi, jak inne wykorzystywane w pracy naukowej. Ich specyfika - związana z prowadzoną przez bezpiekę pracą operacyjną - wymaga stosowania jednak nieco zmodyfikowanych narzędzi badawczych. By akta te badać skutecznie, należy poznać procedury obowiązujące w bezpiece w zakresie prowadzenia i dokumentowania pracy operacyjnej, ewidencjonowania osób i spraw oraz reguły archiwizowania przez komunistyczną policję polityczną efektów jej działalności. Te właśnie zagadnienia przybliżyliśmy w wydanej książce. W naszym przekonaniu powinna ona stać się swego rodzaju "elementarzem" dla każdej osoby, która zamierza badać dokumentację pozostałą po komunistycznym aparacie represji – mówi Musiał. Nasz Dziennik 2-3.11.2006 r.
  • Przed Sądem Okręgowym w Legnicy rozpoczął się w piątek proces byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, oskarżonego o przekroczenie uprawnień służbowych oraz znęcanie się psychiczne i fizyczne nad członkami NSZZ "Solidarność". Oskarżony nie przyznał się do winy. Instytut Pamięci Narodowej we Wrocławiu zarzuca Bogdanowi M., że w okresie od 1982 do 1985, jako funkcjonariusz SB Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Legnicy na stanowisku inspektora, przekraczał swoje uprawniania. Aby uzyskać określone informacje, podczas przesłuchań znęcał się nad trzema członkami NSZZ "Solidarność" z Lubina: Janem S., Stanisławem Ś. i Henrykiem K. Prokurator z IPN, Przemysław Cieślik podał niektóre przykłady takich zachowań. Bogdan M. miał bić przesłuchiwanych po twarzy i głowie, pozwalać, aby bili ich inni funkcjonariusze. Miał grozić członkom "S" np. zabójstwem. "Przewrócił przesłuchiwanego działacza i przyciskał go obutą stopą w uszkodzony kręgosłup. Usiłował nakłaniać go do samobójstwa, dając mu żyletkę i pozostawiając samego w pokoju. Wreszcie wraz z innymi, wystawiał go za okno na wysokości czwartego piętra" - wyliczał Cieślik. PAP 1.12.2006 r.
  • Wicestarostą powiatu przemyskiego został były funkcjonariusz i kapitan SB Jan Raba. Stało się tak dzięki zawiązaniu antypisowskiej koalicji w radzie powiatu, którą tworzą radni PSL, PO, SLD i Samorządowego Frontu Jedności Powiatu. PiS wygrało wybory w powiecie, ale na 19 mandatów zdobyło tylko 6 miejsc w radzie. Mimo to wydawało się, że to właśnie partia Jarosława Kaczyńskiego zbuduje większościową koalicję. Tak się jednak nie stało, a nowa koalicja na stanowisko wicestarosty powołała byłego funkcjonariusza SB, który jako funkcjonariusz SB i ZOMO wsławił się rozpracowywaniem m.in. przemyskiego Kościoła. Nasz Dziennik 2-3.11.2006 r.
  • "Nasz Dziennik": Prokuratorzy IPN w najbliższym czasie wystąpią do prokuratury niemieckiej o zabezpieczenie i wydanie Polsce tzw. pergaminów krzyżackich, pochodzących z Archiwum Koronnego Rzeczypospolitej, zrabowanych podczas II wojny światowej. Postępowanie w tej sprawie wszczął ponad rok temu szczeciński oddział IPN. Skorzystanie ze ścieżki pomocy prawnej organów niemieckich w celu rewindykacji zagrabionych dóbr kultury ma charakter precedensu. Dotychczas takie sprawy próbowano rozwiązywać w drodze kontaktów międzyrządowych. W przypadku pergaminów krzyżackich ta metoda nie przyniosła jednak rezultatów. Po stronie niemieckiej napotkaliśmy mur, usłyszał "Nasz Dziennik" w MSZ. Fakt kradzieży pergaminów nie podlega dyskusji. Nasz Dziennik 4.12.2006 r.
  • Uroczystościom i problemom związanym z milenium chrztu Polski poświęcone jest wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej "Milenium czy Tysiąclecie". W tym roku przypada 40. rocznica obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Redaktor naczelny wydawnictwa, historyk IPN Bartłomiej Noszczak podkreślił, że impulsem do stworzenia albumu była niezwykła ranga wydarzeń sprzed 40 lat. Wydawnictwo wskazuje na konflikt między państwem a Kościołem, jaki miał miejsce z okazji rocznicy. Bartłomiej Noszczak dodał, że niezwykłym aspektem millennium był problem wyboru udziału w uroczystościach. Dodał, że w ówczesnej rzeczywistości przyłączenie się do uroczystości kościelnych wiązało się często z represjami, zwolnieniem z pracy i szykanami wobec całej rodziny. Polskie Radio PR I 2.12.2006 r., „Panorama” TVP 2 3.12.2006 r.
  • Listę 140 nazwisk agentów Służby Bezpieczeństwa i tajnych współpracowników odebrał z gdańskiego IPN były prezydent Lech Wałęsa. Nie podał żadnych nazwisk z listy. Zapowiedział ujawnienie "złośliwców", którzy robili wszystko, by nie mógł dostać się do materiałów IPN. Jak powiedział dziennikarzom b. prezydent, na liście są nazwiska około 100 agentów SB i około 40 tajnych współpracowników. "Muszę to wszystko dokładnie przejrzeć. Na dziś nie mam prawie nic do powiedzenia. Jest tego dużo, już zgłoszonych jest prawie 500 osób, które mi szpileczki wbijały. To nie jest koniec dokumentacji, więc chyba do tysiąca dojdziemy" - dodał. Przyznał, że jest zaskoczony nazwiskami. "Ponieważ jestem trochę zaskoczony, to muszę to sprawdzić" - powiedział. PAP 1.12.2006 r., Dziennik, Rzeczpospolita, Dziennik 2-3.12.2006 r.
  • Według oficjalnego komunikatu banku powodem rezygnacji Jarosława Myjaka są jego problemy lustracyjne. On sam zapewnia, że nie był komunistycznym agentem. Czwartkowe posiedzenie rady nadzorczej PKO BP przypominało scenariusz powieści sensacyjnej. Najpierw przewodniczący Marek Głuchowski otrzymał informacje, że oświadczenie lustracyjne wiceprezesa Myjaka może budzić wątpliwości. Zarządzono dwugodzinną przerwę. Kiedy wznowiono posiedzenie, szef rady nie miał już wątpliwości, że Myjak kłamał, zapewniając, że nigdy nie był agentem - opowiada nasz informator. Skąd w PKO BP pojawiły się dokumenty wskazujące na współpracę Jarosława Myjaka z peerelowskimi specsłużbami? Według nieoficjalnych informacji dotarły do centrali PKO BP z Ministerstwa Skarbu. - W przypadku spółek strategicznych dla bezpieczeństwa państwa minister skarbu może zapytać służby specjalne, czy osoby, które nimi kierują, nie stanowią zagrożenia -mówi "Rzeczpospolitej" Zbigniew Wassermann, minister koordynator służb specjalnych. Jednak przewodniczący rady nadzorczej PKO BP zapewnił, że informacji nie przekazał mu minister skarbu Wojciech Jasiński. Rzeczpospolita 2-3.12.2006 r.
  • Trzeba było czekać trzy lata, by katowicki IPN ostatecznie przyznał, że w sprawie obrony wieży spadochronowej we wrześniu 1939 r. "Gazeta Wyborcza" napisała prawdę. wszystkie tezy "Gazety" potwierdził Grzegorz Bębnik, historyk z katowickiego IPN-u, autor książki "Katowice we wrześniu '39". Co więcej, opierał się na tych samych dokumentach z niemieckich archiwów. Autor nie ma wątpliwości, że Wehrmacht zajął Katowice bez większych problemów i że wieża spadochronowa bynajmniej nie była bronioną do ostatka redutą, bo walki w parku Kościuszki były właściwie incydentem. Zresztą w wywiadzie dla "Dziennika Zachodniego" Bębnik mówi o "tzw. obronie Katowic" i uważa, że to określenie nikomu nie uwłacza. Bo wojskowego terminu nie można stosować w odniesieniu do chaotycznego zrywu mieszkańców, a z czymś takim mieliśmy do czynienia w Katowicach 4 września 1939 r. i o tym pisaliśmy w "Gazecie" trzy lata temu. Ustalenia Bębnika przyjmujemy z satysfakcją, szczególnie tam, gdzie krytycznie traktuje wcześniejsze ustalenia dotyczące zajęcia Katowic przez Wehrmacht. Wciąż jednak nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego mit obrony wieży przetrwał tak długo? Komu był najbardziej potrzebny i kto go pielęgnował. Szkoda, że Bębnik nie umieścił "sporu o wieżę" w szerokim kontekście dyskusji o przeszłości Śląska i jego złożonej oraz dramatycznej tożsamości, dyskusji, która nieustannie wywołuje emocje. Awantura o wieżę to tylko element większej układanki. Gazeta Wyborcza Katowice 4.12.2006 r.
  • Lubelska telewizja kręciła dokument o młodych ludziach z Akademii Obywatelskiej, którzy przygotowują film i książkę o stanie wojennym. - To jest jedno z moich najważniejszych wyzwań zawodowych. Nie chcę robić dokumentu według wyeksploatowanych schematów. Zależy mi na pokazaniu, jak patrzą na tamte dni młodzi ludzie - mówi Leszek Wiśniewski, reżyser filmu "13 grudnia 1981 - tak było...", który przygotowuje TVP 3 Lublin. W filmie Wiśniewskiego znajdą się także archiwalne materiały, m.in. kolekcja kilkudziesięciu plakatów użyczonych przez IPN. A także pochodzące z prywatnych zbiorów zdjęcia zdemolowanej siedziby regionu "Solidarności", którą ZOMO zajęło 13 grudnia 1981 roku. Gazeta Wyborcza Lublin 1.12.2006 r.
  • Pasierb Pawła Jasienicy waha się, czy zrezygnować z praw autorskich do spuścizny po wielkim historyku. Córka pisarza w zamian rezygnuje z pamiątek po ojcu i jego księgozbioru. Dramatyczny proces, który zablokował wznowienia dzieł nieżyjącego od 36 lat eseisty i PRL-owskiego opozycjonisty, został w piątek odroczony o kolejne dwa tygodnie. Jego kulisy przypomnieliśmy w tekście "Uwolnić Jasienicę". W 2002 r. córka pisarza Ewa Beynar-Czeczott dostała od IPN teczkę ojca. Okazało się, że jej macocha Zofia O'Bretenny (Jasienica poślubił ją osiem miesięcy przed śmiercią) była agentką SB. Wtedy córka pisarza odmówiła podpisywania z synem agentki umów wydawniczych (O'Bretenny zmarła w 1997 r.). - O możliwości publikowania twórczości ojca nie może decydować osoba, która nabyła swoje prawo od agenta SB. Przecież te służby za tę właśnie twórczość go prześladowały - tłumaczy. Proces o uznanie Zofii O'Bretenny za "niegodną" dziedziczenia sąd rozstrzygnął kontrowersyjną decyzją - uznał, że sprawa jest przedawniona. W toczącej się dziś sprawie o dział spadku córka Jasienicy gotowa jest - za zachowanie praw autorskich - zrezygnować z pamiątek po ojcu, jego biblioteki (niektóre książki z podpisem Jasienicy już trafiają do antykwariatów!). - Pochodzę z rodziny, która jest przyzwyczajona do utraty pamiątek - mówi gorzko. Gazeta Wyborcza 2-3.110.2006 r.
  • Milicyjny fotograf, który po pacyfikacji strajku w Kopalni "Wujek" robił zdjęcia na miejscu tragedii, zeznał przed sądem, że teren, na którym zabito górników, nie został odpowiednio zabezpieczony. Fotograf powiedział, że dostał od swego przełożonego polecenie zrobienia zdjęć i pojechał tam samochodem z wojskowymi prokuratorami. Podał przed sądem, że byli pułkownikami, występowali w wyjściowych mundurach. Jeden miał mieć mundur zielony, a drugi stalowy. Świadek powiedział, że to nie oskarżeni w procesie jechali z nim wtedy do kopalni. "Jeden z nich na pewno był grubszy" - mówił, patrząc na szczupłych prokuratorów siedzących w piątek na ławie oskarżonych (dwóch z trzech prokuratorów) - Witolda K. i Janusza B. PAP 1.12.2006 r.
do góry