Co? Gdzie? Kiedy?


Twoje skróty

Dodaj link

Jarosław Tęsiorowski, IPN

Data publikacji: 2010-05-31 09:00:00 Data rozpoczęcia: Data zakończenia:
Prawda zwycięży

Sobota, 10 kwietnia 2010 r. Parę minut po szóstej rano. Dzwoni telefon. W charakterystyczny dla siebie sposób Prezes Janusz Kurtyka zadaje serię pytań, związanych z wieloma sprawami – na kiedy umówiłem spotkanie, co z pismem w pilnej sprawie, czy mógłbym zdobyć numer telefonu jednego z parlamentarzystów, kiedy jest najbliższy wyjazd zagraniczny, jak wygląda kalendarz w drugiej połowie czerwca. Krótkie pytania, na które starałem się dawać jak najbardziej konkretne odpowiedzi.

Tak najczęściej wyglądała pierwsza część rozmowy. Raportowanie. Część druga – seria nowych zadań i spraw do załatwienia. Nie zawsze człowiek może zapisać. Gdy jedzie się na rowerze, przymierza spodnie, szykuje kolację, to – przy najlepszej nawet organizacji – trudno o długopis pod ręką. Zapamiętywałem wówczas tylko liczbę padających jedno za drugim poleceń. Potem, zazwyczaj następnego dnia, już w pracy, robiłem listę spraw do załatwienia. Pamiętałem tylko, że było ich na przykład sześć, z pamięci odtwarzałem, czego dotyczyły. Takie podejście z początku Prezesa przerażało. Był przekonany, że wydawane mi polecenia wpuszczam jednym, a wypuszczam drugim uchem, że zapamiętuję wybiórczo. Pierwsze miesiące były ciężkie (choć to mało powiedziane). Prezes rozliczał mnie z każdego zadania, sprawdzał wyrywkowo i podchwytliwie. Po kilku miesiącach się ośmieliłem. Powiedziałem, że takie sprawdzanie nie ma sensu, bo obaj musimy pamiętać wszystko. Spodziewałem się gniewnej reakcji i wskazania mojego „miejsca w szeregu”. Ale Prezes uśmiechnął się serdecznie, jak rzadko kiedy. Przez chwilę chyba nie wiedział, co powiedzieć. I rzucił: „No dobrze, będę pana nadal kontrolował, ale w sposób mniej przez pana zauważalny”.

W ubiegłym roku był taki czas, kiedy myślałem, że zwariujejmy. Wtedy w jednym z dzienników ukazał się tytuł: IPN działa gorzej niż NKWD. Sformułowanie to wstrząsnęło mną do tego stopnia, że podzieliłem się swoimi odczuciami z Prezesem. Usłyszałem wtedy krótkie zdanie: „A co pan myślał? Taka jest cena prawdy”. Cena prawdy. Ile ataków, pomówień i upokorzeń składa się na nią, Prezes wiedział najlepiej. Mimo to w swych działaniach wykazywał determinację, która tak bardzo mi imponowała. Dzięki takiemu podejściu praca w Instytucie miała sens. Wierzę, że tak będzie nadal.

Prezes był szefem surowym i wymagającym, ale też wyrozumiałym. Do ludzi odnosił się oficjalnie, ale czasami też życzliwie, często z troską – przekonałem się o tym, gdy pewnego dnia, podczas mojego pobytu w szpitalu, zadzwonił po to, by spytać, jak się czuję. Chociaż rozmowa była podobna do innych (krótkie pytania i krótkie odpowiedzi), to zapamiętam ją na zawsze. Tak jak wiele innych, tych przeprowadzonych w samochodzie albo samolocie podczas długich podróży, kiedy była okazja, by poruszyć inne tematy…

Chciałbym przywołać scenę z jednego z licznych spotkań, podczas których asystowałem Prezesowi. Kilka tygodni temu, podczas „prac” nad nowelizacją ustawy o Instytucie w komisji sejmowej jeden z posłów, robiąc wszystko, by ekspresowe tempo uchwalania zmian zostało zachowane, na wskazany wyraźny błąd w przepisach wzruszył ramionami i powiedział: „No cóż, może poprawimy to w Senacie”. Odruchowo, w sposób niekontrolowany, głośno się roześmiałem. Siedzący wokół parlamentarzyści spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Prezes, gdyby mógł, zabiłby mnie wzrokiem. Nie wiedziałem, co zrobić. Po wyjściu z sali od razu przeprosiłem Prezesa za ten incydent. Usłyszałem wówczas: „Z niektórych rzeczywiście można już tylko się śmiać”. Wracał potem do tej sceny kilkakrotnie ze szczerym rozbawieniem. Przed wejściem do Senatu, w czwartek, 8 kwietnia, spytałem Prezesa, czy pamięta o tej deklaracji parlamentarzysty odnośnie do poprawki i czy spodziewa się, że dotrzyma on słowa. Szef uśmiechnął się i powiedział: „No, no. Tylko tym razem bez takich emocji”. Nie wiem dlaczego, ale ta scena najczęściej powracała w moich myślach przez ostatnie dni.

W sobotę, 10 kwietnia, Prezes skończył rozmowę, mówiąc: „Już wsiadam do samolotu”. Potem poprosił o ustalenie pewnych rzeczy i powiedział „Zadzwonię do pana koło dziewiątej”. Czekam do dziś, chociaż powoli dociera do mnie, że już nie zadzwoni.

Panie Prezesie, po 10 kwietnia pojawiło się wiele pytań, jeszcze więcej wątpliwości. Pozostaje wiara, że dzięki Tajemnicy Zmartwychwstania życie zmienia się, ale nie kończy i że każda tragedia, każdy ból mają sens – tego nauczył nas Papież Jan Paweł II. Jest wreszcie nadzieja, że z tej przedziwnej katastrofy wyrośnie dobro tak samo, jak wyrosło z męczeńskiej śmierci Księdza Jerzego. Czuł to chyba każdy, kto przez ostatnie dni był na Krakowskim Przedmieściu, pl. Piłsudskiego, Torwarze.

Wiem jedno: Prawda zwycięży. Bez względu na wszystko.
 

centrala